Z racji nazwiska
doskonale pamiętam ze szkolnych lat uczucie podczas typowania przez nauczyciela
osób do odpowiedzi, z pomocą dziennika, a ściślej - listy uczniów należących do
klasy. Z oczywistych względów nie posiadałem zegarka mierzącego puls, raczej przymierzałem
się pragnieniami do walkmana, ale wynik pomiaru byłby myślę za każdym razem
zbliżony do końcowych wskazań próby wysiłkowej. Teoretyczny los, który praktyka
korygowała ludzką naturą sprawiał, że z reguły jako ostatni na liście w
dzienniku, podobnie jak ten pierwszy, czy mniej więcej w środku, częściej
trafiałem do tablicy, niż pozostali tzw. towarzysze doli. Pech to nie był,
bynajmniej, raczej nazwałbym z dzisiejszej perspektywy owo powtarzalne zjawisko
ułomnością myślenia lub wygodą, podyktowaną być może dobrą wolą, podpowiadającą
z jakiegoś powodu, że tak jest najsprawiedliwiej, więc najlepiej. Inny mam
jednak odbiór sytuacji, jako trafiony – zatopiony, ostatni w dzienniku uczeń,
przynajmniej w mojej pamięci układa się ona na kształt wydeptanych w kamiennej
posadzce śladów stóp, pozostałych po ćwiczeniach adeptów Klasztoru Shaolin,
okraszających systematyczny trening krzykiem, uderzając przy tym nogami w
ziemię wg zaplanowanej instrukcji, bynajmniej losowo.
Oddalając
się na osi czasu kilkadziesiąt lat do przodu dostrzegam i słyszę, po raz
kolejny powielany wg mnie bez namysłu, choć być może również podyktowany dobrą
wolą wzorzec, że tylko największy/ najszybszy/ najskuteczniejszy [...], który
określę osobowo NAJ, jest godny publicznego zauważenia, docenienia i pożądanego
społecznie piedestału, wg czyjejś oceny w trakcie lub po, z pominięciem
większości tzw. towarzyszy mrówczej pracy. Przeważnie ta ostatnia przyczynia
się zawsze do sukcesu i dobrobytu ogółu, choć każdy ma prawo do innego zdania.
Nie zauważam w pozostałej poza NAJ przestrzeni marnotrawstwa, dalekie jest od
ideału mojego wyobrażenia to, co zauważam w różnych miejscach, choć i mnie nie
omija ludzka ułomność i wygoda. Więcej niż mniej przypadków byłem/ jestem w
życiu alegoryczną mrówką, to stan bynajmniej nieludzki, niepotrzebny albo
niepożądany, bo czy w kopcu są wyłącznie Królowe (wielkie K z szacunku)? Może
niech radzą sobie same.
Czasem trudniej zaakceptować oczywiste, choć może dla uczciwości warto nie zapomnieć, że wszyscy mają znaczenie i należne sobie, niezbędne miejsce. Uważam tak bynajmniej z racji nazwiska, plasującego mnie przeważnie w dolnych partiach każdej z list, ale dlatego że żyję i odczuwam świadomie, czasem jako ten Naj, innym razem jako tzw. towarzysz mrówczej doli. Mając świadomość, że nie mam szans na jeszcze raz tyle lat przede mną co za mną, projektuję w myślach, skorygowane osobistą ułomnością, którą zabiorę ze sobą, własne scenariusze wydarzeń, że nie tak musi lub powinno to wyglądać. PS. Niektóre myśli dojrzewają dłużej, ta znalazła swój finał (być może początek) w formie spisanej 14 kwietnia 2026.




