szybko, szybko

[Pod koniec tego krótkiego zbioru myśli zadam pytanie. Czy jest ważne zostawiam subiektywnej ocenie]

Szybko, szybko, tylko dlaczego, a może dla kogo i czy tak jest na pewno lepiej. Nie chcę włożyć widelca w gniazdko, ale zadać poniższe pytanie „dlaczego” mogę, więc pytam. 

dlaczego?

Dlaczego eliminacja do znanego teleturnieju z milionową (lub niższą) wygraną polega w dużej mierze na najkrótszym czasie odpowiedzi, więc te choćby identycznie poprawne przesiewane są przez szybkość ich oddania. Co z tymi ludźmi, którzy myślą nieco wolniej, a może zupełnie wolniej lub blokuje ich pośpiech. Dlaczego wolniej znaczy gorzej. Wg mnie nie znaczy gorzej, co potwierdza nawet sam wcześniejszy "juror oceniający", bo sam teleturniej, gdyż w dalszej jego części czas nie gra "pierwszych skrzypiec" i nie trzeba śpieszyć się z typowaniem odpowiedzi. Czyż musimy być zdani na mądrość ludzi szybko myślących? Może są tacy, którzy woleliby, aby kierowała światem Mądrość, a nie szybka Mądrość.

Możliwe, że Czytelniku zauważyłeś użycie stwierdzenia "pierwszych skrzypiec". Celowo jego używam, gdyż proponuję posłuchać kilku utworów granych przez same „pierwsze skrzypce” oraz tych samych dzieł odgrywanych przez „pierwsze skrzypce" w harmonijnym już towarzystwie reszty/ pełnego składu orkiestry symfonicznej. Wystarczy wsłuchać się w ścieżki dźwiękowe nieodżałowanego Ennio Morricone, czy Hansa Zimmera, w których muzyczny temat przewodni jest niesiony dziesiątkami/ setką instrumentów będących w całości niczym ściółka i runo leśne dla grzybni wspomnianego głównego wątku na pięciolinii, a może i poza nią. Tak właśnie, Muzyka jest wg mnie póki co do końca nieodgadniona. Wspomniane skrzypce wymagają czasu i z dużą pewnością stwierdzam, że nie da się szybko nauczyć grać na nich na dobrym poziomie, bo dopiero poświęcony im czas wydobędzie przeszywający serce dźwięk i proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, że ten akurat instrument wymaga oprócz czasu nietuzinkowego słuchu z braku tzw. "progów" oraz konieczności „dociągnięcia” dźwięku palcem. Brak "progów" w skrzypcach jest zaletą, ponieważ oznacza brak narzucania odgórnie reguł dla tego instrumentu oraz zostawienie swobody/ dowolności pola działania talentu Muzyka. Skoro wspominam talent, wspomagając go pracą i poświęceniem czasu (nie szybko, szybko) okaże się, że na pile do drzewa z marketu (również bez "progów") można trafiać celniej w dźwięki, niż na zaawansowanym i nafaszerowanym elektroniką instrumencie wspomaganym harmonizerami. Talent się obroni, choć zawsze wymaga zaangażowania, konsekwencji, poświęcenia czasu, a tym samym zignorowania wszędzie dziś hołdowanego pośpiechu. 

Mądrość vs. szybka Mądrość

Może znajdą się tacy, którzy woleliby, aby kierowała światem Mądrość, a nie szybka Mądrość. Wolniej nie znaczy gorzej podobnie jak nie zawsze "kto pierwszy, ten lepszy" i choć powiedzenia takie funkcjonują, to ten pierwszy na polu minowym raczej nie ma lepiej od tego idącego za nim. Podobnie większe szanse na znalezisko życia ma nie ten poławiacz pereł, który wypłynie pierwszy z braku powietrza w płucach, a ten, który wytrzyma pod wodą dłużej. Idąc dalej, czyż pierwsza miłość jest lepsza od tej jedynej? Przecież to niekoniecznie to samo, choć bardzo często tak jest. I niech tak zostanie, bo może są tacy, którzy woleliby, aby kierowała światem Mądrość, a nie szybka Mądrość. Popatrzmy na słonie, na ich sposób bycia i życia, w którym to pośpiech i mądrość nie są nierozdzielnymi bliźniakami syjamskimi. Z całą pewnością szybkość nie gra w życiu słoni tzw. "pierwszych skrzypiec". I niech tak zostanie. Podobnie pierwszy w branży na rynku ma lepiej/ łatwiej tylko w teorii. Mimo że jest marką pierwszego wyboru okupione jest to koniecznością ciągłego "trzymania ręki na pulsie", testowania, wdrażania innowacyjności, inwestowania finansów, czasu i ryzyka oraz codziennego przedzierania się przez nieprzebyte przez innych w branży chaszcze. 

Wracam do pytania, które zapowiedziałem na początku. Tekst napisałem w okolicach Wszystkich Świętych, więc pozwolę zadać pytanie wszystkim, a szczególnie tym w „wiecznym pośpiechu” - czy lepiej zakończyć życie szybciej, czy może jednak później? Odpowiedź nie jest jednoznaczna jak się spodziewam i choć o swoje miejsce upomina się jak zawsze „wyświechtane” przez świat i modne stwierdzenie "im szybciej, tym lepiej", zostawiam mu jego należną przestrzeń, ale w miarę rozsądku i Mądrości. Mądrości bez kategoryzacji "szybkiej". PS. Mała uwaga autora kończącego się właśnie tekstu (dziękuję za cierpliwość i poświęcony czas). Istnieje szczególne "szybko", którego zastosowanie sugeruję. By szybko zawsze starać się Mądrości oddać "pierwsze skrzypce".

Księga Rybaka

Łowił rybak ryby z zamiłowania przez lata i co złowił przeznaczał na wyżywienie rodziny, a co pozostało sprzedawał na targowisku. Nie zawsze dużo udało się wyciągnąć z wody, jak to w przyrodzie, więc bywały dni, w których spławik drgnął jedynie trącany kroplami deszczu, a sieci wyciągnięte z wody ociekały prawie puste. Zdarzały się jednak i dni obfite, dzięki czemu rybak i jego rodzina nigdy nie czuli głodu. Mijał czas w rybackiej rodzinie spokojnie i dość przewidywalnie, podobnie jak u ich rybackich sąsiadów mieszkających tu od pokoleń. Mieszkańców miasta łączyła pasja do rybołówstwa oraz wszechobecny zapach ryb, który nie tyle spowszechniał w okolicy, czy nawet przestał przeszkadzać, co dało się go wręcz na swój sposób pokochać. 

 

Wprowadził rybak pewnego roku Księgę Rybaka, którą wypatrzył i zakupił na targach rybołówstwa. Księga była nadzwyczaj prosta w obsłudze, z jedną zaledwie tabelą zawierającą ilość złowionych ryb, dzień, miesiąc, rok. "Niech tam, co szkodzi spróbować", pomyślał rybak i postanowił zastosować Księgę na próbę na jeden rok, z którego zrobiło się pięć lat, w czasie których wypełniał tabelę sumiennie, oczywiście nie nazbyt, bo zużył na ten cel zaledwie dwa wkłady do długopisu. Podsumowując po raz kolejny tzw. połów roczny zaobserwował rybak pewną zależność, bo porównywane liczby okazywały się zbliżone do siebie wartością, oczywiście z małymi wahnięciami, jak to w przyrodzie. Rodzina natomiast oraz sąsiedzi rybaka dostrzegli coś, czego on sam nie widział, albo nie chciał się do tego przyznać. Z czasem pojawiło się zjawisko nerwowości, bezsenności i martwienia się o jutrzejszy połów, czego wcześniej u rybaka nie obserwowano. Przecież przez lata zarówno on, jak i jego rodzina, nigdy nie czuli głodu. Schowała się też w cień, mimo że była wyjątkowo silna, dotychczasowa pasja rybaka do ryb i zamiłowanie do zwyczajnego patrzenia na wodę. To natomiast już od najmłodszych lat życia rybaka wydawało się mało prawdopodobne. 

 

Łowił rybak ryby dalej przez lata i co złowił przeznaczał na wyżywienie rodziny, a co pozostało sprzedawał na targowisku. Nie zawsze dużo udało się wyciągnąć z wody, jak to w przyrodzie, więc bywały dni, w których spławik drgnął jedynie trącany kroplami deszczu, a sieci wyciągnięte z wody ociekały prawie puste. Zdarzały się jednak i dni obfite, dzięki temu rybak i jego rodzina nigdy nie czuli głodu. Z czasem Księga Rybaka została wypełniona do ostatniej strony, skutkiem czego nie było gdzie kontynuować uzupełniania efektów codziennego połowu. Po pewnym czasie wrócił spokojny sen oraz chęć milczącego patrzenia na wodę. Równie milcząca, bo niewypowiedziana była wdzięczność małżonki rybaka, że Księgę wypełniono niezmazywalnym długopisem, a nie ołówkiem. Bezpowrotnie?

 

Mijał czas w rybackiej rodzinie spokojnie i dość przewidywalnie, podobnie jak u ich rybackich sąsiadów mieszkających tu od pokoleń. Mieszkańców miasta łączyła pasja do rybołówstwa oraz wszechobecny zapach ryb, który nie tyle spowszechniał w okolicy, czy nawet przestał przeszkadzać, co dało się go wręcz na swój sposób pokochać. 

"Zero"

Ponieważ "Zeru" nie można przeznaczyć krótkiej wzmianki, bo uważam sprawą trzeba się zająć szczegółowiej, potraktuję je podmiotowo. Moje spojrzenie na „Zero” i związane z nim rzeczy ważne, nieco z przymrużeniem oka postanowiłem zilustrować zdjęciem pięknej kobiety i mężczyzny w koszuli, a cierpliwy czytelnik (z góry dziękuję) dowie się dlaczego. Zero jest ważniejsze, niż się powszechnie wydaje. Ma swój wkład w wielu płaszczyznach życia, zasługując na uwagę nie tylko z punktu widzenia matematyki, czy geometrii wykreślnej, w której to ono jest punktem na osi rozdzielającym cześć ujemną od dodatniej, jak i nie wyłącznie z perspektywy szerokiego zastosowania w przedmiotach humanistycznych i ścisłych, ale także z punktu widzenia Sprzedaży. Dlatego ode mnie szczególne pod tym kątem spojrzenie. Z pasji do tej ostatniej.   

 

O Zerze można jednak powiedzieć więcej, bo Zero to wcale nie "zero". Nie jest niczym. Zero może być liczbą, cyfrą, symbolem, alegoryczną przenośnią. Podbiło kiedyś listę przebojów dzięki "mniej niż zero", ma też znaczenie na koncie w ilości zer, choć mam nadzieję, że matka wszystkich nauk tego nie przeczyta. Jeśliby nawet tak się stało, na wszelki wypadek nie podzielę niczego przez zero. Podzielę się natomiast moją opinią o Zerze w Sprzedaży i nie tylko, a czytający te słowa być może podzielą mój pogląd. Jest na to szansa, może nawet nie zerowa. Jeśli jesteśmy przy Matematyce, bohater tego tekstu potrafi wprowadzić na tę lekcję swoje koleżanki. Są to lekcje tańca i zalotów, a Zero pokazuje im jak flirtować na osi Y z sinusoidą. Zero po przecinku wnosi dokładność i precyzyjność do liczby, o czym dowiemy się na politechnice oraz w aptece. Wyszło właśnie trochę samo przez się, że Zero pracuje też w Medycynie. Jak najbardziej pracuje. W Fizyce nikt inny jak Zero zmieni stan skupienia, o czym co nieco wie woda. Podczas lekcji Geografii także nie będzie bezczynne, przysługując się podróżnikowi w znalezieniu celu na mapie i podpowiadając trzymającemu w ręce kompas kierunek drogi. Zero było także przy Narodzinach w Betlejem, rozpoczynając bieg nowej ery i odsyłając przy okazji na zasłużoną emeryturę Starą "p.n.e." (duże "s" z szacunku dla ery oraz dla wszystkich Starszych, Sędziwych, nazwanych dziś Seniorami). Tym oto rzutem na taśmę odznaczamy odcisk Zera w Historii.  

 

Rozglądając się szerzej Zero spotkamy nie tylko w przedmiotach ścisłych i humanistycznych, ale i na lekcji WF i ogólnie w Sporcie. Zero jest początkiem każdego biegu, w tym ciężkiego maratonu z wszelkimi jego mutacjami ultra-, iron-, […]. Nawiasem zawieram wszystko co przyjdzie w tej dziedzinie w przyszłości, a dzisiaj jest w potencjale ludzkiej wyobraźni. Zero naciska spust pistoletu startowego i zaczyna odliczanie sekund, minut, godzin, dni i lat. A że nie zawsze jest łatwo zaczynać i być tym pierwszym (dzisiaj wypada powiedzieć liderem) powie (lub jeśli woli, przemilczy) ten pierwszy wchodzący na pole minowe, po którego śladach pójdą pozostali. Nawiązując do sportu swoje też na ten temat powie mistrz świata w skokach narciarskich, który nie może opędzić się od fanów jak mu dobrze idzie, a od tłumu oskarżających, może wręcz hejterów jak pójdzie gorzej, albo po prostu źle. Zero to początek, a skoro początek, to Alfa, jak samiec Alfa, znacząco ważniejszy w stadzie niż "zero". Wyobraźmy sobie reakcję samca Alfa, gdy stado go nazwie samiec zero. Ale przecież Zero to wcale nie "zero". Z punktu widzenia Logiki wypada powiedzieć, że zwrot "jesteś zerem" jest kulą w płot, bo jak można zwracać się do niczego. Skoro jest coś, to przecież nie nic. Słyszę w tym miejscu jak chrząkają nienachalnie i kulturalnie, jak to one, choć na tyle stanowczo bym je usłyszał i o nich wspomniał, zabytki klasy "zero". Tak ważne, że nie do ruszenia. Zero ma znaczenie i w tym kontekście. 

 

Opowiadając o Zerze chcę uzmysłowić czytającym te słowa, że przysługuje się nawet w Sprzedaży. Można w przenośni i nie tylko powiedzieć, że Zero jest Handlowcem bardzo dobrym, dla którego powiedzenie "jesteś zerem" będzie nie tylko oczywistością, ale i komplementem. To dzięki Zeru są pieniądze i to nie jest coś z niczego. Bynajmniej. Przecież "zero" nie jest niczym, cbdu (co było do udowodnienia). Zero pracuje w Sprzedaży, w konsumenckiej codzienności, proponując jogurty „0% tłuszczu”, szampon "0 parabenów", chleb "0 konserwantów", telewizor z lodówką na "kredyt 0%" oraz modne i pączkujące trochę ostatnio na półkach sklepowych piwo „0%”. Zero udowadnia i uzmysławia potencjalnemu nabywcy/ Klientowi, że ma potrzebę zakupową, o której niekoniecznie miał świadomość. Czasami potrzebę kreuje po swojemu. Od „zera”. Zero jest Handlowcem najwyższej próby, a wszystko wyżej wymienione, jak i wiele więcej funkcji tutaj niewymienionych, w świecie ścisłym, humanistycznym, w sporcie, w kulturze i w ostatniej wymienionej Sprzedaży niezastąpione Zero wykonuje za darmo. Za "zero". Dostrzegając ten wkład i zadanie, choćby tym tekstem do którego końca właśnie docieramy, można próbować Zero docenić i za pracę zapłacić, choć niestety po dziś dzień nie wynaleziono monety o nominale 0 zł/ $/ € […]. Niech ma przynajmniej… koszulę?

  

ma...ka osobista

W wyrażeniu ma...ka osobista, w wykropkowane miejsce, w znacznej mierze wg własnej decyzji wstawiamy literę "r" lub "s". Skoro wymarły potężne dinozaury każda budowla może runąć. Jednak ta z solidnym fundamentem ma szansę niejedno przetrwać. Wystarczy rozetrzeć kłos zboża miedzy dłońmi i dmuchnąć. Ulecą plewy, a pozostaną ciężkie ziarna. W procesie budowania tzw. marki osobistej najistotniejsza jest autentyczność. Tak teoretycznie. Bo gdy rozbierzemy na części pierwsze znaczenie/ sens tzw. autentyczności okaże się, że niczego nie musimy, a może i nie powinniśmy robić. Jeśli zaplanujemy ukazywanie światu jedynie uśmiechniętego profilu, bo tego oczekuje otoczenie jest duża szansa, że po drodze gdzieś zagubimy pierwiastek potocznie nazywany "ja". Zatracając natomiast naturalne odruchy w tańcu, który alegorycznie można przypisać do różnych życiowych sytuacji, zafałszujemy to, co opisuje w sposób niepowtarzalny nas, więc i wnętrze, odczucia i uczucia, tak przecież oryginalne, różnorodne, pożądane, bo tylko nasze, które właśnie takie obserwujący nasz taniec podziwiają. Być może wymuszony i wyuczony odruch nie będzie już odzwierciedleniem naszego piękna i oryginalnego stylu, przypisanego wyłącznie nam zastrzeżonego znaku towarowego, a czegoś bliżej nieokreślonego, jak twór czekoladopodobny, zastępujący i udający jedynie oryginalną, niepowtarzalną, ręcznie robioną, przez co niepowtarzalnie niedoskonałą w wyglądzie PRAWDZIWĄ czekoladę.

 

Można maskę stroju z zabawy karnawałowej nosić cały rok, dzień i noc, noc i dzień, mamy do tego prawo. Ale jest prawdopodobne, iż narastający wrzód tej przedłużającej się sytuacji pęknie po jakimś czasie, a może chrupnie jak rozdeptana, dojrzała purchawka, zostawiając opadający pył i brudnego buta. A karnawał i przypisany mu atrybut maski ma smak i aurę wzbudzającą podniecenie tylko dlatego, że jest zamknięty w określonym czasie. Nie na stałe. Przy całorocznym balu karnawałowym jego odbiór byłby zapewne inny i wyparowałaby wyjątkowość, klimat, kształt i rozmach, a wręcz prognozuję, że karnawał jako taki zostałby wyparty z kalendarza i tradycji przez powody sprzedażowo atrakcyjniejsze. Raczej nie użyję stwierdzenia "nie da się udawać”, czytaj nosić maski na dłuższą metę, bo zapewne się da, o czym poświadczy piszący oraz wielu czytających te słowa. Jednak pojawia się problem, bo z reguły sztuczności nie lubimy i wyczuwamy ją po pewnym czasie dość precyzyjnie. Chcemy oryginalności, nawet najbardziej "dziwnej", ale musi być ona naturalna i wypływająca z wnętrza. Wyczuwamy też „dziwności” wykreowane np. pod sprzedaż, które ulegają przyspieszonej korozji, by po stosunkowo krótkim czasie wyparować w niebyt. Korozja może być zewnętrznej i ta druga i ci, którzy "kupią” osobowość w masce po jej zdjęciu mogą poczuć się oszukani, choć zapewne nie wszyscy. Bo z maską jest trochę jak z ogłoszeniem „apartament 100m od plaży", w którym zapomniano dopisać drobnym drukiem, że to odległość mierzona w linii prostej, więc na przełaj przez zagrodzone i niedostępne chaszcze, które z przymusu musimy okrężną drogą obejść. Skoro jednak ogłoszenie jak się mawia „robi robotę”, nikogo to nie obchodzi. Haczyk złapał i niech jest jak jest.

 

kult wizerunku

 

Żyjąc dzisiaj trochę w kulcie wizerunku przyglądam się truflom zwanym "czarnym złotem", które mają renomę i wysoką wartość, mimo że wzrastają przysypane ziemią. Nie są przesadnie "twarzowe" w wyglądzie, przy jednoczesnym wydawałoby się niepisanym stygmacie, że w ich poszukiwaniu doskonale sprawdzają się między innymi świnie. Kolejny raz miał Pan rację, Panie Jacku, jak i Pan, Panie Sewerynie, przemija uroda w nas, w przeciwieństwie do ludzkiej, w tym Waszej nie(d)ocenionej twórczości, która pozostanie niezależnie od upływającego czasu i pomimo braku kultu tworzenia. [Przemija uroda w nas| (1984) Seweryn Krajewski / Jacek Antoni Cygan]. A będąc przy temacie tzw. wizerunku, który odczytujemy w przeważającej mierze oczami celowo wspominam o pewnej kobiecie, a właściwie dwóch, ponieważ wydaje się, że wizerunek jest nie tylko tym, co widać. Pani Wanda jest niewidoma. Adoptuje niewidomą i autystyczną Scholastykę, a po latach pisze książkę. To fragment historii niezwykłej kobiety. Historii, która trwa. Kupując książkę, którą wspomnę w kolejnym zdaniu (nie)chcący wspieramy jej autorkę, bohaterkę pisanej życiem opowieści. [Dziecko z Kalkuty. Opowieść o miłości i spełnieniu | Wanda Wajda | Media Rodzina]. 

 

Życie w sposób udawany, czy dla zadowolenia otoczenia pokazano kiedyś w filmie "American Beauty". Przeciągające się udawanie raczej nie prowadzi do szczęśliwego życia, szczerego względem najbliższych, ale też (a może przede wszystkim) w stosunku do siebie. Takich scenariuszy jest więcej, bo piszą się codziennie, nie pomijając dzisiaj. Nie mam monopolu na rację, ale pokuszę się na stwierdzenie, że sztuczny miód to miód sztuczny, nawet jeśli przykleimy nalepkę "naturalny". Może więc nie budować "marki", a po prostu żyć? Podobnie jak nie myślimy o oddychaniu proces trwa samoczynnie. Mimo że nie przykładamy do tego wagi i uwagi jest szansa, że zbudujemy markę nic nie budując. Bingo? Znam hydraulika, który nieważne ile policzy za montaż baterii, czy podłączenie pralki, wrócę zawsze do niego. To samo dokładnie dotyczy szewców, krawców, fryzjerów, kucharzy, nauczycieli, kierowców, ginekologów, dentystów i […] trzykropkiem określam wszelakiej branży rzemieślników, jak również, mimo że to nie zawód - rodziców. Być może tzw. marka osobista jest niepisanym, niewypowiedzianym i przede wszystkim prostym znaczeniem wartości człowieka jaki funkcjonował od początku jego dziejów? Spróbuję to nakreślić poniżej.

 

Marka - znaczenie pierwsze: jakim jesteś człowiekiem. Mówiło się kiedyś o człowieku „solidna firma”, a w sytuacjach kryzysowych "można na niego liczyć". Kiedyś? Dzisiaj takie sformułowania też to funkcjonują. Pytanie klucz, czy Ty/ ja zakwalifikował(a)byś siebie do kategorii „solidna firma”. Marka - znaczenie drugie: jakim jesteś fachowcem/ pracownikiem/ specjalistą. Czemu nie miał(a)byś zostać Leonardo da Vinci w swoim fachu? Nie jest to konieczność jednak rozwijaj w sobie to, co robisz, a może lubisz. Zostań legendą w swojej firmie, albo i nie, bo nie to jest najważniejsze. Poza wszystkim jednak, wypełniając wykropkowane miejsce w sformułowaniu "ma...ka osobista" wg własnego uznania literą "r" lub "s" pamiętajmy, by pozostać odzwierciedleniem jedynego, niepodrabialnego człowieka, niezaprzeczalnie potrzebnego światu, zgodnego z indywidualnym pierwiastkiem wpływającym na całą resztę.  

 

Wszystkim bez wyjątku, a więc również sobie dedykuję poniższą zbitkę słów, mając świadomość, że nie są szczytem lirycznych możliwości, za to stawiając na ich przesłanie.

 

Jak już cię kimś/ czymś zastąpią, 

jak w drzwi stukanie domofony, 

choćby świat twierdził inaczej,

zostaniesz Niezastąpiony. 

W niespodziewanej godzinie, 

gdy domu przyjdzie szukać, 

pomimo braku prądu, 

w drzwi można ZAWSZE zastukać.

 

|Niezastąpiony| © Janusz Zacharewicz

 

Kończąc myśl, być może ją w pewnym sensie rozpoczynam. Jest cień szansy, że zakiełkuje jakieś „ale” w umyśle czytającej/ czytającego te słowa. Nie mam patentu i monopolu na rację, ale wg mnie nikt z ludzi ich nie ma. Chciałbym podkreślić, że po odarciu nałożonych celowo i z przymusu masek jesteśmy wszyscy światu potrzebni. Trochę tak jak każdy odrębny element ekosystemu.

incepcja w Sprzedaży

Tytuł tekstu wydaje się inspirujący, ale mam cichą nadzieję, że czytających przynajmniej w skromnym stopniu nie zawiodę. Trochę filmowo-sprzedażowy klimat zaproponuję, ale może realniejszy niż się wydaje. Kto oglądał "Incepcję" wg genialnej reżyserii i scenariusza Christophera Nolana pamięta zapewne możliwość „zapadania” w kolejne poziomy snu. Rozjaśniając niezorientowanym, bohater opowieści mógł podczas snu położyć się spać, by we śnie trwającym już we śnie znów położyć się spać, by móc w dalszej kolejności kontynuować te czynności i […]. I na tym etapie niekoniecznie poprzestać. Tak oto na kolejne poziomy "snu we śnie" można było wchodzić w filmie, więc w świecie fikcyjnym. Ale jako człowiek związany ze Sprzedażą nie mogę nie zauważyć faktu, że trochę podobnie dzieje się w handlu na naszych oczach. Już nie w świecie wymyślonym, stworzonym w wizji scenarzysty, a w rzeczywistości. Po części mam nadzieję wyjaśnić to poniżej.

 

Gdy w procesie incepcji w przywołanym filmie można było „wszczepić” w umyśle pacjenta/ petenta pewną ideę/ myśl/ koncepcję miało to wpływ na odbiór przez tegoż pacjenta/ petenta rzeczywistości, więc po wybudzeniu się ze snu. Tym samym sen, a ściślej ujmując myśl ze snu, jako byt nierealny, wpływała na rzeczywistość człowieka już w prawdziwym świecie. Podobnie jak w filmowej "Incepcji", choć nieco alegorycznie dzieje się w rzeczywistości XXI wieku piszącego i czytającego te słowa. Wszczepiony pomysł nierealny działa w świecie realnym, między innymi w Sprzedaży i na rynku komunikacji handlowej Firma - Klient. Wymyślona przez Twórcę rzecz, która nie istnieje w świecie rzeczywistym może zacząć funkcjonować w świecie realnym, stając się bytem namacalnym i co ważne, zarabiającym rzeczywiste, a nie wyimaginowane pieniądze. 

 

Czymże, jeśli nie rzeczywistym pieniądzem jest zarobek, który wypracowuje dla dużej firmy niejaki Tytus de ZOO z dwojgiem swoich ziemskich przyjaciół, Romkiem i A'Tomkiem? Komiksowy szympans jako twór (nie obraź się Tytusie) swojego Twórcy, nieodżałowanego Papcia Chmiela, jako postać przez Niego zmyślona nie jest realnym bytem, a zarabia dla wspomnianego koncernu jak najbardziej realne zyski. Zaznaczę jednak wyraźnie i zdecydowanie, niech nikt nie mówi, że to "coś z niczego" jest, bo stworzenie postaci Tytusa de ZOO i jego świata (dziś powiemy uniwersum), to jest przykład „tworzenia saute” i Coś celowo przez duże "C" pisane. Nie pozwolę myśleć inaczej. Podobnie mamy w "świecie" (uniwersum) Avengers, w którym wymyślone postacie (jakoś nie lubię określenia "postaci", bez "e" na końcu) na wszystkim niemalże co tylko możliwe przynoszą zysk. Jakby chleb mógł mieć kształt Ironmana, z pewnością znalazłby się kupiec i amator metalowego pieczywa. 

 

Zastanawiam się jednak kiedy ktoś zauważy, że wykorzystanie w Sprzedaży wykreowanych przez ich Twórców postaci nierealnych, to analogia dopiero "pierwszego poziomu" snu z przywołanej "Incepcji". Prowadząc tą drogą myśli dzisiaj obserwujemy "pierwszy poziom", gdyż Tytus de ZOO i jego ferajna, jako byt nierealny zaprasza na zakupy Klientów, w tym również swojego Twórcę, Papcia Chmiela. Wchodził do sklepu Twórca Tytusa de ZOO i widział, jak ten go do środka zaprasza. Żałuję, że już Pan tego nie przeczyta Panie Henryku. Bardzo dziękuję za komiksy mojego dzieciństwa.

 

niemożliwe, czyli już niedługo 

 

Kilka lat temu pojawiła się też reklama informująca o fuzji dwóch banków, w której bohaterowie (twarze reklamowe swoich banków) podali sobie dłoń do uścisku. Mieliśmy do czynienia z informacją społeczną skierowaną do Klientów nie bezpośrednio, a za pomocą reklamy, z użyciem postaci wyimaginowanych. Klient otrzymuje w taki a nie inny sposób podaną informację o tym co się aktualnie na rynku dzieje i przypomina to trochę (jeśli nie bardziej, niż trochę) przywołany zabieg incepcji z filmu o tym tytule, w którym wykorzystano możliwość zaszczepienia myśli u śpiącego pacjenta/ petenta, by po przebudzeniu uważał ją za swoją. Przypominam, że to nie film, gdyż opisałem jak najbardziej namacalną i wyczuwalną zmysłami rzeczywistość.

 

Kolejnym etapem może być (choć nie musi) sytuacja, w której przywołane postaci komiksowe zaczną handlować już między sobą, z pominięciem ich Twórców. Mowa tu o jak najbardziej rzeczywistych pieniądzach. Proszę zaprzeczyć, czyż nie mogą wspomniani bohaterowie komiksów/ powieści (a temat uaktualniam w roku 2020 o postać Wiedźmina) w przyszłości nie wiadomo jak dalekiej, choćby z wykorzystaniem sztucznej inteligencji zacząć autonomicznie sprzedawać coś (czemu nie siebie?!) człowiekowi. Z pewnością w pierwszej kolejności upomną się o swoją gażę, której dzisiaj nie otrzymują. Gdyby (przesympatyczny!) szympans Tytus de ZOO przyszedł do swojego Twórcy po procent od kontraktu reklamowego, działając być może w porozumieniu z resztą eksploatowanych dziś w kinematografii i handlu postaci fikcyjnych ze stajni Marvel'a bylibyśmy świadkami analogii "drugiego poziomu" snu z filmowej "Incepcji". A czemu postaci fikcyjne nie miałyby mieć najlepszych prawników świata, z których niejeden, choćby dla ogólnoświatowej sławy reprezentowałby tak szczególnych Klientów "pro bono".

 

pobudka? 

 

Kończąc temat być może dopiero go rozpoczynam. Wiem na pewno, że pisząc te słowa nie śpię. Nie zatrudniłem też eksperta od wszczepiania myśli. Pomysł na temat powstał w całości w mojej głowie i każdy wyraz oraz znak interpunkcyjny tego tekstu wyszedł spod mojej ręki. Nie dam natomiast głowy, czy ktoś przed tym wszystkim nie "majstrował" w moim śnie. Chcemy czy nie przyjdzie przyszłość, a ludziom w tej przyszłości przyjdzie być może mierzyć się z kolejnymi alegorycznymi "poziomami snu" na polu "byt realny" vs. "wykreowany". Na szczęście dla ludzi (tych realnych) scenariusz „Incepcji” umożliwił ze snu wybudzenie, choć ostatni kadr filmu zostawia znak zapytania. Zacytuję wiecznie aktualne stwierdzenie „pożyjemy, zobaczymy”, a filmowo-sprzedażowy klimat, który zaproponowałem jest może realniejszy, niż się wydaje. PS. wracając do zdania, od którego zacząłem podtrzymuję cichą nadzieję, że czytających przynajmniej w skromnym stopniu nie zawiodłem.