Janusz Zacharewicz - blog o Sprzedaży, reklamie, ludzkim potencjale, tworzeniu i nie tylko. Nie wszystko MOŻNA mówić wprost, ale i nie wszystko TRZEBA. Obserwacje przynosi codzienność, która jak się przyjrzeć jest niecodzienna. Wszystkie treści na blogu © Janusz Zacharewicz
Anonimowy
Titanic i jego nity
Poniżej zdjęcie frontmana zespołu muzycznego widzianego oczami ludzi, którym poświęcam tę refleksję. To sztab ludzi, których nie widać.
zespół
Muppety były i wciąż są genialne. Muppety to jednak
kawałki materiału sterowane wprawną ręką operatora, artysty, często
pomysłodawcy, a czasem ich (s)twórcy, choć to za dużo powiedziane i być może
nie do końca prawda, gdyż (s)twórców muppetów jest więcej. Jeden daje pomysł,
inny projektuje, jeszcze ktoś wykonuje, kolejny wprawia w ruch, ktoś następny
użycza głosu, inny to nagrywa, kolejny montuje, a za wszystkim, za całością
przedstawienia stoi scenograf, scenarzysta, reżyser i […]. Kwadratowym nawiasem
ucinam, ponieważ wszystkich (s)twórców muppetów nie wymienię z racji niewiedzy,
a przez to prawdopodobnie bym kogoś pominął. Niedobrze i niestosownie pomijać
tutaj kogokolwiek, więc podziwiając dzisiaj Kermita, Gonza, Zwierzaka, Miss
Piggy i innych bohaterów Muppet Show (ależ to był program!) i zatracając się w
odbiorze tego specyficznego show nie zapominajmy, że to kawałki materiału
wprawione w życie przez sztab ludzi, z ich szefem Jimem Hensonem w pierwszym
rzędzie. Przez sztab ludzi, których nie widać.
Tak już mamy, być może tak jest prościej, więc na
koncercie zespołu muzycznego większość słuchaczy zwykła wpatrywać się i
ubóstwiać frontmana. Wielu będzie wzdychać do jego wizerunku krzyczącego z
okładek magazynów. Zespół muzyczny to natomiast, jak sama nazwa wskazuje
zespół, czyli zbiór ludzi współpracujących, a w zasadzie w muzyce powinno się
określić - współgrających. Zespół to bas, perkusja, pozostali muzycy, chórki,
ale też niejednokrotnie autor tekstu (często z zewnątrz, spoza zespołu) i autor
zgrabnie ułożonych wg harmonii nut, jak i też człowiek od efektów
pirotechnicznych oraz nagłośnienia wydarzenia, dbający o tzw. kable, którego
praca kończy się kilka godzin po ustaniu ostatniego dźwięku koncertu.
Oczywiście skąd mamy o tym pamiętać, przecież wszystkich tych zaangażowanych w
efekt końcowy koncertu na okładce magazynu nie zmieszczą. Przecież to sztab
ludzi, których nie widać.
Razi czasem sytuacja, w której wywiady prasowe i
fotorelacje obracają się wyłącznie wokół frontmana zespołu. Zespołu. Gdyby
realizatorzy wizji koncertów w TV natrafili przypadkiem na ten tekst, jest
szansa, że pokazywaliby zespół Pectus jako zespół 4 osób. Osób równoważnych i
równoznaczących, bo kamera "lubi" w przeważającej mierze,
niezaprzeczalnie trzeba przyznać sympatycznego frontmana. Tymczasem podziwiam
ten bardzo dobry, utalentowany, rodzinny i rodzimy zespół nie za talent, a za
cztery talenty. Zarówno wokalisty, dwóch gitarzystów, jak i perkusisty. Za to,
że są zespołem. Ukłony należą się również dla rodziny, głownie rodziców za
umożliwienie tymże talentom wzrostu, a ta drobna uwaga, sugestia, a może po
części prośba o małą korektę w patrzeniu na zespół jako całość wynika ze
świadomości znaczenia współzależności i współistnienia wszystkich jego
elementów składowych.
logotyp i spaw
Oglądając produkcję filmową, zwłaszcza spektakularną,
zauważymy na koniec długie napisy. Niekończącą się listę osób zaangażowanych w
produkcję. Znane hollywoodzkie nazwiska wymienione na początku dużym fontem,
później reszta. Długa, niekończąca się reszta. Znamienne jest to, że na
napisach końcowych zachwyceni filmem widzowie z resztkami popcornu w zębach
wychodzą. Mało kogo obchodzi kto, co i z kim w tym dziele miał swój wkład. Bo i
po co. Film został skonsumowany, smakowało, a nawet bardzo, ale o składniki i
przyprawy użyte oraz o warunki jej przyrządzenia nikt nie pyta. Nie pyta o
sztab ludzi, których nie widać. Byłem jednak świadkiem i uczestnikiem seansu,
na którym po zakończeniu były długie brawa, a gdy ucichły, w milczeniu wszyscy
siedzieli do ostatniego wersu napisów. Dopiero wówczas wszyscy wstali i wyszli
z sali. Był to pokaz przedpremierowy jednej z części Star Wars. Bez ludzi z
napisów końcowych owa produkcja nie byłaby właśnie taka, albo w ogóle nie
mogłaby powstać i raczej rzadziej niż częściej, to da się natrafić na film, w
którym aktorzy wymieniani są w napisach w kolejności alfabetycznej, bez
klasyfikacji i segregowania stopnia ich ważności. Podkreśla się tym samym, że
wszyscy mają swój wkład, mniejszy lub większy, ale jednak ważny, podobnie jak
każdy nit i spaw w okręcie ma znaczenie. Który spaw i nit ważniejszy od którego
i czy kiedykolwiek się o tym pasażer przekona, lepiej nie sprawdzać. Ważne, że
płynie.
Piszę o tym, by zwrócić uwagę, a może wypracować świadomość,
że za sukcesem danego projektu, produktu, czy nawet człowieka, stoją przeważnie
ludzie, podobnie jak za doskonałym w smaku posiłkiem stoją wyszukane, dokładnie
takie i odpowiednie składniki, przez kogoś wybrane, dobrane oraz przygotowane.
Na postrzeganie przez Klienta wartości logotypu marki na masce auta składa się
wiele zmiennych i częściowo zależnych od siebie czynników, podobnie jak
najdrobniejszy spaw ma wpływ na całą konstrukcję podwodnego okrętu. Nie zawsze
o tym się pamięta lub chce pamiętać, choć znajdą się przypadki sukcesów
samodzielnych i oddolnych, przy jednej, raczej pewnej niewiadomej, gdyż nie
wiemy na ile rodzący się sukces nie jest wsparty przez otoczenie lub zbiór
inspiracji i okoliczności pochodzących (wychodzących) od osób trzecich.
Dobrze mieć świadomość listy napisów końcowych stojących za każdym sukcesem, nie tylko tym w powszechnym rozumieniu. Dla każdego człowieka sukces znaczyć może coś innego, może też być własny, ale i tych, którym się w życiu w jakiś sposób pomogło. Być może warto zadbać, by znaleźć się na liście napisów końcowych czyjegoś sukcesu, choćby w ostatnich jej wersach. Nieważne miejsce, na niej się liczą wszyscy, zlepiając i stapiając w zespół (s)twórców sukcesu alegorycznego frontmana. W sztab ludzi, których nie widać.
"filtr niewszystkowiedzy"
Jeśliby zgłębić przesłanie produkcji w reżyserii Neilla Blomkampa, takich
jak "Dystrykt 9" lub "Chappie", albo znanego chyba
wszystkim "Leona Zawodowca" Luca Bessona, da się zauważyć odwrócenie
teoretycznie oczywistych i niepodważalnych wartości podstawowych, jak dobro/
zło, uczciwość/ nieuczciwość, grzech/ cnota, zaleta/ wada i tym podobne.
Produkcje te stawiają widza niejako w negatywie emocji i odczuć oraz
ukierunkowują, by popierać działania „złego” bohatera oraz dostrzegać
i piętnować w milczeniu postępowanie „dobrego”. Pokazujący taki obraz poza
tym, że bawi się widzem przeciskając jego mózg przez niewidzialną wyżymaczkę do
prania poddaje w wątpliwość ogólnie przyjęty i zaakceptowany w świecie poczet
wartości, do którego się wszyscy na co dzień odwołujemy. Choć niektóre z
tych filmów to futurystyczne wizje z gatunku sci-fi, więc
fikcyjne i odarte z realizmu (choć wg mnie nie do końca), nie ma
to znaczenia dla odbiorcy, by mógł wychwycić przesłanie ich twórcy. Przesłanie
bardzo trafne. Oto widz po literach końcowych zostawiony zostaje z wielkim
znakiem zapytania w głowie i brakiem odpowiedzi w miejscach, w których były
wspawane, czy wprasowane latami doświadczeń odpowiedzi jedynie słuszne, które
już takimi po seansie nie są, by nie powiedzieć, że ulegają
deklasacji.
odcień
A jeśli biegacza w specjalistycznym ubraniu zawstydzi
bosy Kenijczyk, a najnowszą nawigację w aucie papierowa mapa? Widziałem dużego
fiata („seryjnego”) w popisach precyzyjnego driftu, dowodzącego kunsztu
kierowcy oraz zaawansowane technologicznie auto z kierowcą jadącym
„na 3-go”. Słyszałem mistrzowską grę na pile z
marketu oraz fałszującego muzyka z topowego zespołu uginającego
się pod ciężarem drogiego sprzętu. Nie wszystko jest oczywiste, a raczej
wszystko jest nieoczywiste i białe w ogólnym odbiorze nie zawsze jest
takie białe, jakby być mogło i podobnie jest z drugim biegunem, tzw.
czarnym. Nie każdy "czarny charakter" jest „czarny”, o czym
wiedzieli doskonale twórcy „czarnych postaci”, jak Zorro i Batman, nie
pomijając „najczarniejszego z czarnych” w kinematografii Lorda Vadera,
który okazał się "mniej czarnym" w
chwili własnej śmierci, a z pewnością "jaśniejszym czarnym"
od swojego wnuka. A biel i czerń to nie wszystko, bo świat i codzienność
nie są wyłącznie „czarne” i „białe”. Ludzkie wybory oraz postępowanie też
takie nie są, więc nikomu oceniać kogokolwiek w jego czynach nie powinno być
łatwo, bo łatwo się można w takiej ocenie pomylić. Zapożyczę od
brytyjskiej grupy rockowej Procol Harum z ich międzynarodowego przeboju „A
Whiter Shade of Pale” określenie "bielszy odcień bieli",
bo odcień powołuje do istnienia wiele możliwości bieli, czerni i
każdego innego koloru. Odcienie wydają się wierniej oddawać „życiowe”
scenariusze.
Kontynuując temat pozostanę przy filmie, tym razem
człowieka szczególnego, który (nie)chcący udowadnia światu, że mimo podeszłego
wieku, postępu technologicznego i pędu za wypełnieniem po brzegi boxoffice
można tworzyć dobre kino bez greenroomu.
nie jest tak, jak myślisz
W 2006 roku Clint Eastwood stworzył obraz
"Sztandar chwały", pokazując bohaterstwo żołnierzy Stanów
Zjednoczonych w walce z Japończykami. Żołnierze amerykańscy nie mogli pogodzić
się z nazwaniem ich bohaterami w tym wydarzeniu. Genialny reżyser, ponieważ w
tym samym czasie kamery pracowały (dosłownie i w przenośni) na dwa fronty,
czego efektem bliźniacze ujęcia pokazały obraz z innego punktu widzenia. W
chwilę po wspomnianym filmie ukazał się obraz "Listy z Iwo Jimy"
traktujący o tych samych wydarzeniach z perspektywy żołnierzy japońskich. Amerykanie
mieli armię 5-krotnie liczniejszą, więc Japończycy z honorem
samurajskim walczyli w samobójczym na zdrowy rozum starciu. To
była niełatwa i nierówna walka, ale nie o historii chcę mówić, a
o ukazaniu tzw. dwóch stron medalu, czytaj tej samej sprawy.
Można powiedzieć, że "Sztandar
chwały" oraz "Listy z Iwo Jimy" to tylko filmy,
a opcjonalnie spróbować dostrzec to, co starał się pokazać
reżyser. Przekaz jak najbardziej realny i wychodzący poza nawiniętą na szpulę
kliszę filmową. Sprowadzę go do stwierdzenia, że Teoria i Praktyka to
siostry bliźniaczki, rozdzielone tuż po porodzie, wzrastające w zupełnie
innych, niezależnych, nieporównywalnych warunkach. A że
bliźniaczki, jednocześnie trudno je czasem rozróżnić, jak i nietrudno o
pomyłkę.
Odchodząc od branży filmowej na krótką chwilę, jeśli prześwietlimy
znaczenie i funkcję oraz funkcjonalność tzw. dziadka do orzechów, potwierdzimy
raczej zgodnie, iż mimo określenia "dziadek", potrafi wspomniane
urządzenie wbrew sugestii słabości i starości sprostać bardzo twardym orzechom,
by nie powiedzieć, że "da radę" nawet "twardym orzechom do
zgryzienia". Więc "dziadek" (symbol starości) pokonuje
"orzech" (sprawę wyjątkowo trudną, bo tak
określamy tzw. twardy orzech do
zgryzienia). Może trochę (nie)chcący, jednak okazało się,
że słabość to siła, a starość to mądrość potrzebna do zaradzenia
problemom, czyli tzw. twardym orzechom. Ponieważ krótka chwila minęła, jak
obiecałem wracam do filmu, wywołując z szeregu "Leona
Zawodowca" i związaną z nim nierozerwalnie genialną piosenkę
Stinga "Shape od my heart". Może zabrzmi to niemodnie, ale
kunszt muzyczny poznaje się nie po ilości odsłon/ wyświetleń w internecie, a po
ilości lat, po których utwór wciąż wywołuje ciarki na plecach. Bo wiele
"hitów" w ciągu kilku ostatnich lat wyparowało w niebyt, mimo że w
piku swojej popularności, w krótkiej chwili istnienia miały miliony odsłuchań/
odtworzeń/ odsłon. Ślad i słuch po nich zgasł.
ostrożnie
Wiele jest zmiennych od ludzi zależnych i niezależnych,
a przy gaszeniu ognia eksplozją trudno określić gdzie jeszcze chaos natury, a
gdzie ludzki plan. Jeśli Teoria i Praktyka to bliźniaczki, warto oceniać co
widzimy i czego doświadczamy ostrożnie, a pomocnymi atrybutami w codzienności
mogą okazać się pokora oraz "filtr niewszystkowiedzy" przypominający,
że nie wszystko się wie, a jeśli już się wie, to nie wie się najlepiej.
Atrybuty te przydadzą się każdemu, nie pomijając piszącego te słowa w ocenie
kogokolwiek dopóki nie wejdzie się w tzw. jego buty, spojrzy perspektywą jego
charakteru oraz koloru, a nawet odcienia koloru konkretnej sytuacji. Będą
pomocne też w przesiewaniu i oddzielaniu słów od czynów, czego uczy biblijna
przypowieść o dwóch synach, z których jeden obiecuje przyjść pomóc ojcu w winnicy,
a tego nie robi, podczas gdy drugi pomocy odmawia, a po refleksji służy czynnym
wsparciem. Trudno się nie zgodzić, że najlepiej ocenia czas, który poza
tym, że podobno leczy rany pomaga w ocenie rzeczywistości. Robi to nie inaczej
jak po swojemu, więc po czasie. Co więc jest przebojem, a co nie oceni
wyłącznie czas i moje na plecach po tym czasie ciarki.
wagony
Ciągnie lokomotywa wagony i chyba nie
sposób określić od kiedy to trwa, a ile wagonów przejechało do tej pory nikt
nie wie, bo kto tylko zaczyna się temu przyglądać, dostrzega kogoś, kto stał tu
długo przed nim i również patrzy. A prą do przodu wagony różne w formie, bo i w
kształcie i wyglądzie, a nawet w zapachu. Podążają ruchem miarowym i nad wyraz
przewidywalnym.
Jeden z wagonów wyróżnia się
ilością decybeli jakie wytwarza i wyrzuca w otoczenie i zanim ujrzą go oczy,
daje o sobie znać uszom. Hałas wyraźnie wyprzedza pędzący wagon, ale pozostaje
również daleko za nim, przełamany efektem Dopplera. Skupionemu słuchaczowi udaje
się wychwycić z tego chaotycznego dudnienia pojedyncze słowa, może zwroty, choć
z racji ich temperamentu są to raczej okrzyki. Kup
teraz! Promocja! Tylko u nas! Trzy w cenie dwóch! [...].
Tak. Ta część składu kolejowego z pewnością już w założeniu nie musiała być
widoczna, za to słyszalna obowiązkowo.
Kolejny wagon dla odmiany po
poprzednim jest cichy, milczący, toczący się bezszelestnie, za to widoczny z
daleka, choć zdecydowanie lepiej w nocy, niż w dzień. Wypełniony jest po brzegi
świecącymi szyldami, a z zewnątrz opleciony, a raczej oklejony migającymi neonami,
w większości w dość pospolitej formie, jednak z wyjątkami egzemplarzy wybitnie
gustownych. Widać kilka znanych logotypów, a niektóre wzbudzają podprogowe
zastanowienie "gdzie ja to widziałem?". Tak. Pomimo
pulsującego pomruku neonów, ten element pociągu cieszy oko, przyciąga uwagę
kolorem i efektem stroboskopu, dając się zapamiętać
wzrokowcom. Ale wagon to jeszcze nie ostatni i końca póki co nie
widać.
Ciągnie lokomotywa wagony i chyba nie
sposób określić od kiedy to trwa, a ile wagonów przejechało do tej pory nikt
nie wie, bo kto tylko zaczyna się temu przyglądać, dostrzega kogoś, kto stał tu
długo przed nim i również patrzy. A prą do przodu wagony różne w formie, bo i w
kształcie i wyglądzie, a nawet w zapachu. Podążają ruchem miarowym i nad wyraz
przewidywalnym.
Na metalowych kołach jedzie dalsza część
taboru, w którym siedzenia zawalone są stertami różnej maści gadżetów, od
zegarków, torebek, ubrań, sprzętów, wyrobów tytoniowych, alkoholi, a także
modeli telefonów. Jest kieliszek do martini i przednia klapa auta Bonda. Na
podłodze leżą szpule filmowe, telewizor, radioodbiornik, tablet i papierowa
gazeta, a jeden z obserwujących dostrzegł piłkę Wilson obok paczki FedEx. I
mimo że chciałoby się z czystej ciekawości przyjrzeć przez szybę dokładniej,
przemknął już wagon ukazując oczom na jego tyle napis PRODUCT PLACEMENT.
Następny po
szynach sunie wagon opływowy, nowoczesny, z zasłoniętymi i
przyciemnionymi oknami, a na dachu daje się widzieć odprowadzenie powietrza z
klimatyzacji. Mimo widocznej nawet dla laika klasy premium, wagon jest mocno
zatłoczony, wręcz upchany, a ludzie stoją w ścisku, aż żal patrzeć. Nikt
być może nie dał znać pasażerom, że w pozostałych wagonach jadą miejsca
siedzące puste, choć być może jest temu winny niewinny napis EKSPERCI na
przedzie. Ale wagon to jeszcze nie ostatni i końca póki co nie
widać.
Ciągnie lokomotywa wagony i chyba nie
sposób określić od kiedy to trwa, a ile wagonów przejechało do tej pory nikt
nie wie, bo kto tylko zaczyna się temu przyglądać, dostrzega kogoś, kto stał tu
długo przed nim i również patrzy. A prą do przodu wagony różne w formie, bo i w
kształcie i wyglądzie, a nawet w zapachu. Podążają ruchem miarowym i nad wyraz
przewidywalnym.
Stoją i obserwują ten imponujący przejazd gapie przypadkowi, ale i ci, którzy przyszli tu celowo. Zmierzają na stację, bo zamierzają wsiąść do pociągu, gdy ten się zatrzyma. Jeśli się zatrzyma. W ręku trzymają bilety, o które zadbali wcześniej, choć niektórzy planują podróż "na gapę". Są handlowcy "pod krawatem", choć też ci ubrani jak na co dzień, są influencerzy z telefonami na kijkach, niektórzy z obstawą ludzi z kamerami, nadającymi bezustannie "live". Są też marki znane mniej lub bardziej, choć niektóre wolą nazywać się brandami. Jedna z marek wygląda jak 2-metrowe lustro, które ktoś oparł o ścianę i odszedł. To Marka Osobista. Niemal wszyscy natomiast, którzy tu przyszli zamierzają pojechać "do" Klienta, choć niektórzy "po", a łączy ich jeden cel, a właściwie nadzieja. Chcą poczuć "go" lub bardziej "to". Poczuć pociąg do sprzedaży. Ale wagon to jeszcze nie ostatni i końca póki co nie widać.
"niewidoczny"
Co robię, jak, po co i jakie to ma znaczenie. Czasem ma. Myśl ta dotyka tematu trywialnego tylko pozornie. Chcemy czy nie, funkcjonujemy w sieci „niewidocznych”.
Kiedy Carlos Gardel komponuje w roku 1935 przeszywające serce tango
"Por una cabeza" nie może mieć wiedzy, że 34 lata później (1969)
Giovanni Arpino wyda powieść "Parfum de Femme". Nie jest w
stanie też przewidzieć, że za 5 lat (1940) przyjdzie na świat Al Pacino, a za
57 lat (1992) wszystkie wymienione osoby połączy dzięki swojej pracy i
wizji Martin Brest słynną sceną tańca w filmie "Zapach kobiety",
by eksplodować w umysłach widzów synergią ludzkich talentów. Nie da się nie
zauważyć, że wszyscy przytoczeni są jak ogniwa łańcucha, który dał się dostrzec
dopiero po czasie. Był niewidoczny, a teraz go widać "jak na
dłoni". Warto zwrócić uwagę, że wszystkie jego ogniwa okazały
się potrzebne w jednakowym stopniu. Są równoważne i nie ma alegorycznego
najsłabszego. Nie jest to też łańcuch w całości, a jego fragment o wielkości
raczej trudnej do określenia, bo mamy rok 2020 i pisząc te słowa nie mogę mieć
wiedzy co będzie kolejnym jego ogniwem za lat x i daleko później.
Przytaczając fragment łańcucha, który połączył muzykę, książkę i film mam świadomość istnienia podobnych temu przykładów biorąc pod uwagę różne, a nawet wszystkie dziedziny życia. Jest ich jak zakładam nieskończenie wiele i ciężko, a może wręcz niemożliwe jest dostrzec je w czasie rzeczywistym, a tym bardziej z wyprzedzeniem. Mimo jednak, że ich nie widać dobrze że są, nawet jako „niewidoczne”. Niech łączą ogniwa przeróżnych, a może wszystkich dziedzin życia pomiędzy nieskończoną ilością wydarzeń ważnych bardziej lub mniej, poprzez te mało znaczące oraz zupełnie nieistotne, inspirując i ubogacając dzisiaj nas, a po nas kolejne pokolenia. Bo dobrze, że Robert Moog stworzył syntezator. Dzięki temu na drzewie Muzyki wyrosła nowa gałąź. Syntezator zakorzenił się w Muzyce na dobre, a wspomniana gałąź obecnie przeżywa kolejny renesans. Dobrze, że Gershon Kinsley odkrywając po swojemu syntezator Roberta Mooga pewnego dnia roku 1969 pomyślał "zrobię sobie popcorn". Wątek główny utworu "popcorn" przeskakuje przez lata i różnych wykonawców legitymizując jakby przed światem swą nazwę, pozostając w ruchu niczym ziarno prażonej kukurydzy.
PS. Dobrze, że ludzie są twórczy i że tworzą. Dobrze, że tworzą dobrze. Wszystkim twórcom różnorakich dziedzin życzę wytrwałości z nadzieją, że co dobre będzie płodne nieco bardziej od przeciwległej konkurencji, która potrafi zagospodarować przestrzeń ambitnie.

.jpeg)


