po swojemu

Gdy słucham Muzyki nie wiem co w niej ważniejsze, główny temat, pochód basu, perkusja, mniej lub bardziej rozbudowana sekcja instrumentów, wybijające się przez moment solo czy współgrający ze wszystkim śpiew. Wymienione elementy są wg mnie równoważne, wbrew pozorom również pauzy, które również tworzą Muzykę. Wszystkie wypełniają się i uzupełniają, a każde z nich traktowane odrębnie ma ślad ułomności i tęsknoty za pozostałymi. Tak postrzegam przestrzeń, którą poprzez różnorodność spisywanych myśli gospodaruję na blogu, a że Muzyka nie dobiegła jeszcze końca niech trwa. Usłyszę i po swojemu opiszę.

Influencer

W dobie kultu tzw. zasięgów, mających niezaprzeczalnie pozytywny potencjał, ale i zdolność zaciemnienia tego, co prawdziwe i wartościowe, krótka refleksja. Długo przed tym zanim wyprowadzono do potocznego użytku słowo i instytucję influencera, mieli pozytywny wpływ na ludzi. Mają go do dzisiaj, choć tych „zasięgów” nikt nie mierzy. Wspominam programy Adama Słodowego, profesora Wiktora Zina, czy Tony'ego Halika, które miały cechę wspólną. Osobowość w nich była najważniejsza, nie "product placement", a produkcja powstawała wokół wielkiego talentu i pasji bohatera/ prowadzącego/ twórcy/ autora. Człowieka. Człowiek i narzędzia. Człowiek, węgiel i papier. Człowiek, kamera i mapa. Jedyne "lokowanie" to Człowiek i pokazanie wprost jego zamiłowania do majsterkowania, do rysunku, do podróży, do [...] oraz zasianie zalążka tej pasji w sercach widzów, nie pomijając piszącego te słowa. Mieli pozytywny wpływ na ludzi i po latach wciąż mają. Mogę należeć do wymierającej już niszy, ale tak to pamiętam, a wspominając dzisiaj o każdej ze wspomnianych postaci, celowo używam wielkiej litery w określeniu Influencer.  

 

PS. Refleksja z tekstu „WOW!” (zainteresowanych odsyłam do jego źródła na tym skromnym blogu).

Godny Zamiennik

Mimo że poniższa myśl nie należy do gatunku łatwych i przyjemnych, bo raczej słodko-gorzkich, wracam czasem do niej. Istnieje powiedzenie "niezastąpionych całe cmentarze" i jest ono w dużej mierze prawdziwe, jednak każdy z nas zamykając oczy wspomni Tę/ Tego/ To, którą/ którego/ które nie dało się w żadnym stopniu zastąpić. Nie wynaleziono Godnego Zamiennika. Nawiążę do tego w innym kontekście, a czy ważnym zostawiam subiektywnej ocenie.  

 

Pojawia się wg mnie pytanie ile wartościowych, oryginalnych, potencjalnie cennych dla ludzkości projektów/ wizji/ koncepcji ulatuje/ ginie w świecie/ internecie za przyczyną celowego dostosowywania/ katalogowania i odsiewania tematów mniej ważnych/ ciekawych/ wartościowych od tych uznanych za ważne/ ciekawe/ wartościowe decyzją bezpośrednią lub pośrednią poprzez algorytmy sterowane wg (nie?)określonego klucza mody/ uniwersalizacji/ unifikacji oraz popularności (słowo bożek) i najważniejszej dzisiaj, więc wytłuszczę i napiszę wielką literą Monetyzacji. O pomyłkę nietrudno, jak to w życiu i po czasie dopiero widać, że nieomylnych założeń jest niewiele. I odrzuci (być może) biblijny budujący tzw. kamień węgielny przypadkiem lub nie przypadkiem. A może nie. Żyjemy jednak dzisiaj w świecie kilku najpopularniejszych (słowo bożek) gatunków jabłek, których w rzeczywistości jest 7-8 tysięcy (niesamowita jest przyroda!), co stało się po części z "wolnego wyboru" Klienta/ Konsumenta/ Odbiorcy sięgającego/ wybierającego/ klikającego po usługę/ produkt i wpływającego tym (nie)chcący pozytywnie/ negatywnie (niepotrzebne skreślić) na znaczący obszar własnego życia. Wydaje się jednak, że wyjątkowo pasuje do tego puzzla drugi ze specyficznym napisem "kto jest bez winy, niech pierwszy [...]". Dzisiaj zakładam większość z nas byłaby zmuszona upuścić kamień na ziemię i bez słowa odejść. Uwagę mamy tylko jedną, a rozdysponowanie jej należy lub powinno należeć do nas jako jej właścicieli, chyba że po drodze sprzedaliśmy lub oddaliśmy za darmo jej udziały. Upomnieć się o nie nie jest przymusem, ale z pewnością możliwością. Stąd mój „głos na pustyni”. 

 

PS. refleksja pochodzi z tekstu "clickbajt u lekarza” znajdującego się na tym blogu.

pewna gwarancja

Mimo że pożądane powszechnie, alegoryczne i dosłowne „naj” poprawia statystyki, nie daje gwarancji. Ta ostatnia rzadko kiedy jest pewna, choć pewna gwarancja istnieje.

 

Wybierając najbardziej bezpieczny samochód świata, przygotowując podróż z największym pietyzmem, nie zapominając o najwyższych kwalifikacjach kierowcy, w tym o najoptymalniejszej ilości jego snu nie mamy gwarancji, że nie wyjedzie ktoś znienacka na drodze, z naprzeciwka na tzw. czołówkę. Nie mamy pewności też zwycięstwa, jak pokazuje walka Dawida z Goliatem, ani pomyślności, czy sensowności przeprowadzanej bitwy, co potwierdziłby prawdopodobnie Pyrrus. Sporo tych „naj”, ale idźmy dalej. Ucząc się od najmłodszych lat całymi dniami gry na instrumencie muzycznym, nie mamy pewności, że przekuje się to w ilość sprzedanych w przyszłości płyt, a stawiając w wyścigu konnym pieniądze na najszybszego konia świata, nie mamy gwarancji, że wygra, gdyż kilka metrów przed metą koń może zwyczajnie, choć wyjątkowo nieszczęśliwie złamać nogę. Nie mamy pewności, że za kolejne sto lat ludzkość wciąż będzie jadać wytwarzany ze zboża i pachnący chlebem chleb, który wchodzi w skład diety człowieka od tysiącleci. Można próbować przewidywać przyszłość z wykresów, statystyk, stymulacji typu U, V, czy […], a także innych wzorów i wzorców, których póki co nie znamy, z racji ludzkich ograniczeń, stąd użyty kwadratowy nawias. Można. Nie ma jednak pewności wydarzeń, gdyż fakty są znane tylko i wyłącznie z perspektywy historycznej, więc patrząc na osi czasu wstecz. Oscary zbiera co jakiś czas ktoś zupełnie spoza przewidywań i czarno-biały, prosty w konstrukcji obraz wygrywa z nafaszerowanym efektami specjalnymi faworytem. Takich przykładów "łamania" scenariuszy można przytoczyć dużo więcej. Przykładów bardzo indywidualnych, co potwierdzi być może w myślach czytający właśnie te słowa. Ktokolwiek jednak będzie próbował obwieścić światu coś w stylu "a nie mówiłem", czy "trzebaby było tak i tak", niech najpierw poszuka i posłucha tego, co mówiono przed wyruszeniem w rejs gigantycznego, okazałego, zaawansowanego w swoich czasach i jakże przez to "dumnego" Titanica. Przed wyruszeniem w rejs ostatni. 

 

Istnieje jednak pewna gwarancja. Gwarancja tego, że jako ludzkość, "po ludzku" jesteśmy, że "po ludzku" wiemy, ale i też "po ludzku" nie wiemy. Istnieje gwarancja, że "po ludzku" przypuszczamy, że "po ludzku" planujemy, że "po ludzku" obserwujemy, uczymy się "po ludzku" i może zbyt rzadko, ale "po ludzku" wyciągamy wnioski. Istnieje gwarancja tego, że pomimo braku czasu na doczytanie tego "drobnym drukiem na dole" w życiowym scenariuszu wierzymy "po ludzku", próbujemy "po ludzku", "po ludzku" tworzymy i "po ludzku" działamy, także w dzisiejszej, a nie innej rzeczywistości. A działamy między innymi po to, by móc również "po ludzku", mimo świadomości braku gwarancji celowo usunąć znak zapytania na końcu zwrotu: będzie dobrze.

 

PS 1. Powyższe kilka zdań ilustruję zdjęciem szczęśliwej pary ludzi, rozpatrywanych w całokształcie, więc z ich zaletami oraz nieodzownymi wadami. Ludzi „po ludzku” doskonałych.

 

PS 2. refleksja zaczerpnięta z tekstu "scenariusz", znajdującego się od kilku lat na tym blogu.

co zostawię

Producent jednej z marek użył swego czasu w podkładzie muzycznym reklamy kultowych nut Ennio Morricone. Nic innego jak to było przyczyną, że podniosłem wzrok, by przez kilka sekund skupić uwagę na tym właśnie, a nie innym spocie, będącym częścią zespawanego w czasookresy reklamowego patchworka. Wyjątkowy talent zagospodarowany i ulokowany w muzyce. W utworze "A fistful of dollars" Ennio Morricone pokazuje, że nawet z pospolitego „gwizdania” można wyodrębnić nową kategorię, którą nazwę roboczo "gwizdaniem w smokingu”. Minęły trzy lata, a minie ich wielokrotnie więcej nie wpływając na ponadczasowe piękno tej wyjątkowej, zostawionej w nutach twórczości. Odchodzi człowiek, jego twórczość zostaje. Zdarza się w przyrodzie również samorodek tak bezcenny, że zostawia po sobie nieocenioną spuściznę i pole do popisu dla innych, które przez lata wypełnia pustka. Nikt nie jest w stanie zmierzyć się z tym zadaniem choć wielu zapewne próbuje. Być może jest to niewykonalne. Tak postrzegam wkład Michaela Jacksona w muzykę, taniec, rozrywkę i przekaz niektórych treści zaangażowanych. Utwierdzają w tym również zdjęcia z prób do koncertu (This is it), które widziałem pierwszy raz w roku 2009 i obecnie po 14 latach. Minie ich wielokrotnie więcej nie wpływając na ponadczasowe piękno zostawionej twórczości. Odchodzi człowiek, jego twórczość zostaje.


W skali istnienia świata, w tym Ziemi jestem tylko punktem na osi czasu, mimo to jednak chcąc nie chcąc zostawiam ślad. Indywidualna spuścizna człowieka może być pod różnymi aspektami neutralna, mająca pozytywny wpływ na otoczenie (w tym ludzi) lub przeciwnie. W sztuce, w budownictwie, w nauce, w usługach i wszystkim co zajmuje codzienność, nawet jeśli nie przykładamy do tego wagi. Widać to w inspiracji jaką czerpiemy z wybitnych poprzedników, począwszy od korzystania z koła od 6 tysięcy lat oraz ze zwyczajnego "dzień dobry" przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Określona ilość punktów na osi czasu stanowi przeszłość, a piszący oraz czytający te słowa żyjemy w podobnym do punktu, określonym i zamkniętym czasookresie. Nawet jeśli nie przykładamy do tego wagi chcąc nie chcąc zostawiamy spuściznę. Od nas zależy jaką. 

 

Jako ilustrację tej myśli użyłem zdjęcia nasion mniszka lekarskiego, bo mimo że są delikatne, ich konstrukcja umożliwia lot na bardzo dalekie odległości. Słowo „magia” można rozumieć różnie, a pisząc je w cudzysłowie mam na myśli mniej potoczne jego zastosowanie. Jest nim uczucie pojawiające się w sytuacji „magicznej”, które to uczucie zostaje w pamięci na lata, a niejednokrotnie do końca życia. A wszystko co pozytywne i trwałe jest w świecie pożądane. Taką trwałość ma zachwyt pojawiający się w sytuacji „magicznej”, często bardzo indywidualnej i być może dla innych mało znaczącej. Mam więcej „magii” z dzieciństwa, ale wspomnę tutaj jedną, którą odczuwam do dzisiaj na myśl o książce „Kanapony” [Janusz Galewicz, Maria Kossakowska, Bohdan Butenko, 1981], która towarzyszyła mi w dziecięcych chorobach oraz odkrywaniu pokładów ludzkiej wyobraźni. Wciągająca treść i jak na tamte czasy innowacyjna forma świadczy o wizjonerskim spojrzeniu Autorów. Dziękuję im za pozytywne odczucia, które we mnie zostały i trwają ponad 4 dekady, a kończąc myśl wracam do początku, by zadać zawarte w tytule pytanie. Może pozostać retoryczne, ale odnosi się do każdej dziedziny, branży oraz wszystkich ludzi bez wyjątku. Co zostawię po sobie w miejscu, gdzie przyszło mi żyć. Wszystko co pozytywne i trwałe jest w świecie pożądane, a nawet delikatny ślad i wpływ może być niesiony na dalekie odległości.