ma...ka osobista

W wyrażeniu ma...ka osobista, w wykropkowane miejsce, w znacznej mierze wg własnej decyzji wstawiamy literę "r" lub "s". Skoro wymarły potężne dinozaury każda budowla może runąć. Jednak ta z solidnym fundamentem ma szansę niejedno przetrwać. Wystarczy rozetrzeć kłos zboża miedzy dłońmi i dmuchnąć. Ulecą plewy, a pozostaną ciężkie ziarna. W procesie budowania tzw. marki osobistej najistotniejsza jest autentyczność. Tak teoretycznie. Bo gdy rozbierzemy na części pierwsze znaczenie/ sens tzw. autentyczności okaże się, że niczego nie musimy, a może i nie powinniśmy robić. Jeśli zaplanujemy ukazywanie światu jedynie uśmiechniętego profilu, bo tego oczekuje otoczenie jest duża szansa, że po drodze gdzieś zagubimy pierwiastek potocznie nazywany "ja". Zatracając natomiast naturalne odruchy w tańcu, który alegorycznie można przypisać do różnych życiowych sytuacji, zafałszujemy to, co opisuje w sposób niepowtarzalny nas, więc i wnętrze, odczucia i uczucia, tak przecież oryginalne, różnorodne, pożądane, bo tylko nasze, które właśnie takie obserwujący nasz taniec podziwiają. Być może wymuszony i wyuczony odruch nie będzie już odzwierciedleniem naszego piękna i oryginalnego stylu, przypisanego wyłącznie nam zastrzeżonego znaku towarowego, a czegoś bliżej nieokreślonego, jak twór czekoladopodobny, zastępujący i udający jedynie oryginalną, niepowtarzalną, ręcznie robioną, przez co niepowtarzalnie niedoskonałą w wyglądzie PRAWDZIWĄ czekoladę.

 

Można maskę stroju z zabawy karnawałowej nosić cały rok, dzień i noc, noc i dzień, mamy do tego prawo. Ale jest prawdopodobne, iż narastający wrzód tej przedłużającej się sytuacji pęknie po jakimś czasie, a może chrupnie jak rozdeptana, dojrzała purchawka, zostawiając opadający pył i brudnego buta. A karnawał i przypisany mu atrybut maski ma smak i aurę wzbudzającą podniecenie tylko dlatego, że jest zamknięty w określonym czasie. Nie na stałe. Przy całorocznym balu karnawałowym jego odbiór byłby zapewne inny i wyparowałaby wyjątkowość, klimat, kształt i rozmach, a wręcz prognozuję, że karnawał jako taki zostałby wyparty z kalendarza i tradycji przez powody sprzedażowo atrakcyjniejsze. Raczej nie użyję stwierdzenia "nie da się udawać”, czytaj nosić maski na dłuższą metę, bo zapewne się da, o czym poświadczy piszący oraz wielu czytających te słowa. Jednak pojawia się problem, bo z reguły sztuczności nie lubimy i wyczuwamy ją po pewnym czasie dość precyzyjnie. Chcemy oryginalności, nawet najbardziej "dziwnej", ale musi być ona naturalna i wypływająca z wnętrza. Wyczuwamy też „dziwności” wykreowane np. pod sprzedaż, które ulegają przyspieszonej korozji, by po stosunkowo krótkim czasie wyparować w niebyt. Korozja może być zewnętrznej i ta druga i ci, którzy "kupią” osobowość w masce po jej zdjęciu mogą poczuć się oszukani, choć zapewne nie wszyscy. Bo z maską jest trochę jak z ogłoszeniem „apartament 100m od plaży", w którym zapomniano dopisać drobnym drukiem, że to odległość mierzona w linii prostej, więc na przełaj przez zagrodzone i niedostępne chaszcze, które z przymusu musimy okrężną drogą obejść. Skoro jednak ogłoszenie jak się mawia „robi robotę”, nikogo to nie obchodzi. Haczyk złapał i niech jest jak jest.

 

kult wizerunku

 

Żyjąc dzisiaj trochę w kulcie wizerunku przyglądam się truflom zwanym "czarnym złotem", które mają renomę i wysoką wartość, mimo że wzrastają przysypane ziemią. Nie są przesadnie "twarzowe" w wyglądzie, przy jednoczesnym wydawałoby się niepisanym stygmacie, że w ich poszukiwaniu doskonale sprawdzają się między innymi świnie. Kolejny raz miał Pan rację, Panie Jacku, jak i Pan, Panie Sewerynie, przemija uroda w nas, w przeciwieństwie do ludzkiej, w tym Waszej nie(d)ocenionej twórczości, która pozostanie niezależnie od upływającego czasu i pomimo braku kultu tworzenia. [Przemija uroda w nas| (1984) Seweryn Krajewski / Jacek Antoni Cygan]. A będąc przy temacie tzw. wizerunku, który odczytujemy w przeważającej mierze oczami celowo wspominam o pewnej kobiecie, a właściwie dwóch, ponieważ wydaje się, że wizerunek jest nie tylko tym, co widać. Pani Wanda jest niewidoma. Adoptuje niewidomą i autystyczną Scholastykę, a po latach pisze książkę. To fragment historii niezwykłej kobiety. Historii, która trwa. Kupując książkę, którą wspomnę w kolejnym zdaniu (nie)chcący wspieramy jej autorkę, bohaterkę pisanej życiem opowieści. [Dziecko z Kalkuty. Opowieść o miłości i spełnieniu | Wanda Wajda | Media Rodzina]. 

 

Życie w sposób udawany, czy dla zadowolenia otoczenia pokazano kiedyś w filmie "American Beauty". Przeciągające się udawanie raczej nie prowadzi do szczęśliwego życia, szczerego względem najbliższych, ale też (a może przede wszystkim) w stosunku do siebie. Takich scenariuszy jest więcej, bo piszą się codziennie, nie pomijając dzisiaj. Nie mam monopolu na rację, ale pokuszę się na stwierdzenie, że sztuczny miód to miód sztuczny, nawet jeśli przykleimy nalepkę "naturalny". Może więc nie budować "marki", a po prostu żyć? Podobnie jak nie myślimy o oddychaniu proces trwa samoczynnie. Mimo że nie przykładamy do tego wagi i uwagi jest szansa, że zbudujemy markę nic nie budując. Bingo? Znam hydraulika, który nieważne ile policzy za montaż baterii, czy podłączenie pralki, wrócę zawsze do niego. To samo dokładnie dotyczy szewców, krawców, fryzjerów, kucharzy, nauczycieli, kierowców, ginekologów, dentystów i […] trzykropkiem określam wszelakiej branży rzemieślników, jak również, mimo że to nie zawód - rodziców. Być może tzw. marka osobista jest niepisanym, niewypowiedzianym i przede wszystkim prostym znaczeniem wartości człowieka jaki funkcjonował od początku jego dziejów? Spróbuję to nakreślić poniżej.

 

Marka - znaczenie pierwsze: jakim jesteś człowiekiem. Mówiło się kiedyś o człowieku „solidna firma”, a w sytuacjach kryzysowych "można na niego liczyć". Kiedyś? Dzisiaj takie sformułowania też to funkcjonują. Pytanie klucz, czy Ty/ ja zakwalifikował(a)byś siebie do kategorii „solidna firma”. Marka - znaczenie drugie: jakim jesteś fachowcem/ pracownikiem/ specjalistą. Czemu nie miał(a)byś zostać Leonardo da Vinci w swoim fachu? Nie jest to konieczność jednak rozwijaj w sobie to, co robisz, a może lubisz. Zostań legendą w swojej firmie, albo i nie, bo nie to jest najważniejsze. Poza wszystkim jednak, wypełniając wykropkowane miejsce w sformułowaniu "ma...ka osobista" wg własnego uznania literą "r" lub "s" pamiętajmy, by pozostać odzwierciedleniem jedynego, niepodrabialnego człowieka, niezaprzeczalnie potrzebnego światu, zgodnego z indywidualnym pierwiastkiem wpływającym na całą resztę.  

 

Wszystkim bez wyjątku, a więc również sobie dedykuję poniższą zbitkę słów, mając świadomość, że nie są szczytem lirycznych możliwości, za to stawiając na ich przesłanie.

 

Jak już cię kimś/ czymś zastąpią, 

jak w drzwi stukanie domofony, 

choćby świat twierdził inaczej,

zostaniesz Niezastąpiony. 

W niespodziewanej godzinie, 

gdy domu przyjdzie szukać, 

pomimo braku prądu, 

w drzwi można ZAWSZE zastukać.

 

|Niezastąpiony| © Janusz Zacharewicz

 

Kończąc myśl, być może ją w pewnym sensie rozpoczynam. Jest cień szansy, że zakiełkuje jakieś „ale” w umyśle czytającej/ czytającego te słowa. Nie mam patentu i monopolu na rację, ale wg mnie nikt z ludzi ich nie ma. Chciałbym podkreślić, że po odarciu nałożonych celowo i z przymusu masek jesteśmy wszyscy światu potrzebni. Trochę tak jak każdy odrębny element ekosystemu.

incepcja w Sprzedaży

Tytuł tekstu wydaje się inspirujący, ale mam cichą nadzieję, że czytających przynajmniej w skromnym stopniu nie zawiodę. Trochę filmowo-sprzedażowy klimat zaproponuję, ale może realniejszy niż się wydaje. Kto oglądał "Incepcję" wg genialnej reżyserii i scenariusza Christophera Nolana pamięta zapewne możliwość „zapadania” w kolejne poziomy snu. Rozjaśniając niezorientowanym, bohater opowieści mógł podczas snu położyć się spać, by we śnie trwającym już we śnie znów położyć się spać, by móc w dalszej kolejności kontynuować te czynności i […]. I na tym etapie niekoniecznie poprzestać. Tak oto na kolejne poziomy "snu we śnie" można było wchodzić w filmie, więc w świecie fikcyjnym. Ale jako człowiek związany ze Sprzedażą nie mogę nie zauważyć faktu, że trochę podobnie dzieje się w handlu na naszych oczach. Już nie w świecie wymyślonym, stworzonym w wizji scenarzysty, a w rzeczywistości. Po części mam nadzieję wyjaśnić to poniżej.

 

Gdy w procesie incepcji w przywołanym filmie można było „wszczepić” w umyśle pacjenta/ petenta pewną ideę/ myśl/ koncepcję miało to wpływ na odbiór przez tegoż pacjenta/ petenta rzeczywistości, więc po wybudzeniu się ze snu. Tym samym sen, a ściślej ujmując myśl ze snu, jako byt nierealny, wpływała na rzeczywistość człowieka już w prawdziwym świecie. Podobnie jak w filmowej "Incepcji", choć nieco alegorycznie dzieje się w rzeczywistości XXI wieku piszącego i czytającego te słowa. Wszczepiony pomysł nierealny działa w świecie realnym, między innymi w Sprzedaży i na rynku komunikacji handlowej Firma - Klient. Wymyślona przez Twórcę rzecz, która nie istnieje w świecie rzeczywistym może zacząć funkcjonować w świecie realnym, stając się bytem namacalnym i co ważne, zarabiającym rzeczywiste, a nie wyimaginowane pieniądze. 

 

Czymże, jeśli nie rzeczywistym pieniądzem jest zarobek, który wypracowuje dla dużej firmy niejaki Tytus de ZOO z dwojgiem swoich ziemskich przyjaciół, Romkiem i A'Tomkiem? Komiksowy szympans jako twór (nie obraź się Tytusie) swojego Twórcy, nieodżałowanego Papcia Chmiela, jako postać przez Niego zmyślona nie jest realnym bytem, a zarabia dla wspomnianego koncernu jak najbardziej realne zyski. Zaznaczę jednak wyraźnie i zdecydowanie, niech nikt nie mówi, że to "coś z niczego" jest, bo stworzenie postaci Tytusa de ZOO i jego świata (dziś powiemy uniwersum), to jest przykład „tworzenia saute” i Coś celowo przez duże "C" pisane. Nie pozwolę myśleć inaczej. Podobnie mamy w "świecie" (uniwersum) Avengers, w którym wymyślone postacie (jakoś nie lubię określenia "postaci", bez "e" na końcu) na wszystkim niemalże co tylko możliwe przynoszą zysk. Jakby chleb mógł mieć kształt Ironmana, z pewnością znalazłby się kupiec i amator metalowego pieczywa. 

 

Zastanawiam się jednak kiedy ktoś zauważy, że wykorzystanie w Sprzedaży wykreowanych przez ich Twórców postaci nierealnych, to analogia dopiero "pierwszego poziomu" snu z przywołanej "Incepcji". Prowadząc tą drogą myśli dzisiaj obserwujemy "pierwszy poziom", gdyż Tytus de ZOO i jego ferajna, jako byt nierealny zaprasza na zakupy Klientów, w tym również swojego Twórcę, Papcia Chmiela. Wchodził do sklepu Twórca Tytusa de ZOO i widział, jak ten go do środka zaprasza. Żałuję, że już Pan tego nie przeczyta Panie Henryku. Bardzo dziękuję za komiksy mojego dzieciństwa.

 

niemożliwe, czyli już niedługo 

 

Kilka lat temu pojawiła się też reklama informująca o fuzji dwóch banków, w której bohaterowie (twarze reklamowe swoich banków) podali sobie dłoń do uścisku. Mieliśmy do czynienia z informacją społeczną skierowaną do Klientów nie bezpośrednio, a za pomocą reklamy, z użyciem postaci wyimaginowanych. Klient otrzymuje w taki a nie inny sposób podaną informację o tym co się aktualnie na rynku dzieje i przypomina to trochę (jeśli nie bardziej, niż trochę) przywołany zabieg incepcji z filmu o tym tytule, w którym wykorzystano możliwość zaszczepienia myśli u śpiącego pacjenta/ petenta, by po przebudzeniu uważał ją za swoją. Przypominam, że to nie film, gdyż opisałem jak najbardziej namacalną i wyczuwalną zmysłami rzeczywistość.

 

Kolejnym etapem może być (choć nie musi) sytuacja, w której przywołane postaci komiksowe zaczną handlować już między sobą, z pominięciem ich Twórców. Mowa tu o jak najbardziej rzeczywistych pieniądzach. Proszę zaprzeczyć, czyż nie mogą wspomniani bohaterowie komiksów/ powieści (a temat uaktualniam w roku 2020 o postać Wiedźmina) w przyszłości nie wiadomo jak dalekiej, choćby z wykorzystaniem sztucznej inteligencji zacząć autonomicznie sprzedawać coś (czemu nie siebie?!) człowiekowi. Z pewnością w pierwszej kolejności upomną się o swoją gażę, której dzisiaj nie otrzymują. Gdyby (przesympatyczny!) szympans Tytus de ZOO przyszedł do swojego Twórcy po procent od kontraktu reklamowego, działając być może w porozumieniu z resztą eksploatowanych dziś w kinematografii i handlu postaci fikcyjnych ze stajni Marvel'a bylibyśmy świadkami analogii "drugiego poziomu" snu z filmowej "Incepcji". A czemu postaci fikcyjne nie miałyby mieć najlepszych prawników świata, z których niejeden, choćby dla ogólnoświatowej sławy reprezentowałby tak szczególnych Klientów "pro bono".

 

pobudka? 

 

Kończąc temat być może dopiero go rozpoczynam. Wiem na pewno, że pisząc te słowa nie śpię. Nie zatrudniłem też eksperta od wszczepiania myśli. Pomysł na temat powstał w całości w mojej głowie i każdy wyraz oraz znak interpunkcyjny tego tekstu wyszedł spod mojej ręki. Nie dam natomiast głowy, czy ktoś przed tym wszystkim nie "majstrował" w moim śnie. Chcemy czy nie przyjdzie przyszłość, a ludziom w tej przyszłości przyjdzie być może mierzyć się z kolejnymi alegorycznymi "poziomami snu" na polu "byt realny" vs. "wykreowany". Na szczęście dla ludzi (tych realnych) scenariusz „Incepcji” umożliwił ze snu wybudzenie, choć ostatni kadr filmu zostawia znak zapytania. Zacytuję wiecznie aktualne stwierdzenie „pożyjemy, zobaczymy”, a filmowo-sprzedażowy klimat, który zaproponowałem jest może realniejszy, niż się wydaje. PS. wracając do zdania, od którego zacząłem podtrzymuję cichą nadzieję, że czytających przynajmniej w skromnym stopniu nie zawiodłem.

wiecznie zielona

Wiele hitów zamieszkujących listy przebojów osiąga szczyty popularności i imponujące piki na wykresach słuchalności, dziś może głównie oglądalności. Wykresy te jednak dotyczą zwykle ograniczonych przedziałów czasowych i jakby przeanalizować rozwój wspomnianych list przebojów większość utworów króluje na ich szczycie stosunkowo krótko, by zniknąć po niedługim czasie bez wieści. Wiele tzw. hitów sprzed lat pamiętam, których już dziś żadna ze stacji radiowych nie gra. Przepadły, mimo że były hitami sezonu popularnymi w swoim czasie. A hit sezonu ma możliwość przekroczyć swój sezon, potem kolejne i jeszcze dalsze, by uzyskać status evergreena. Ma przynajmniej na to szansę. Mimo nieuniknionego upływu czasu istnieją utwory leciwe wciąż chwytające za serce i podnoszące tętno słuchającego. Są nieprzemijające, wiecznie piękne i wciąż pasujące do parkietu, do wybiegu, do pościeli oraz innych okazji, do "bez-okazji" lub najzwyczajniej do ucha. Utwory te funkcjonują inaczej i na swój opatentowany sposób mniej rozpychają się łokciami od hitów sezonu, bynajmniej jednak nie będąc mniej ambitnymi. Evergreeny są roztropne. Nabrały więcej powietrza, by wytrzymać dłużej pod wodą rynku muzycznego. 

 

Utwór muzyczny ma szansę na status evergreena wówczas, gdy jego twórca ma ambicję na coś dłuższego, niż krótki sezon. Evergreen to wiecznie młody hit sezonu, można powiedzieć hit sezonu utrzymujący się przez dziesięciolecia. Przekracza barierę przypisanego sobie tego momentu, pokonuje zmienność mody i zrzuca skorupę przynależności do swojego czasookresu w muzyce, by być żywym zawsze, a być może i nieśmiertelnym. Ever to nieskończenie więcej niż sezon, a sezon to bynajmniej ever. Evergreen to nie hit sezonu, a hit sezonów tworzący swój własny i bezterminowo prolongowany sezon hitu. Zadam w tym miejscu poniższe pytanie nie oczekując odpowiedzi. Czy Sprzedaż jest wiecznie zielona?

 

Dzisiejsza data w kalendarzu to punkt „dzisiaj" i zarówno piszący, jak i czytający te słowa jesteśmy mieszkańcami tego punktu na wykresie z czasem na osi X. Wykresy z osią czasu można odnieść do wszystkich dziedzin dotykających człowieka i jeden z takich wykresów dotyczy Sprzedaży, która trwa można powiedzieć nieprzerwanie od początków ludzkości. Jeśli jesteśmy twórcami niecodziennego sukcesu, sprawcami imponującego piku na wykresie Sprzedaży, to gratuluję, jest to jednak punkt „dzisiaj" i dobrze, by umieć spojrzeć na to w szerszym spektrum czasowym. Może jest szansa, by dzisiejszy hit lub hit sezonu uzyskał status evergreena. Tak być może, choć nie musi, choć życzę Handlowcom, by jednak tak było. Więc zamiast gratuluję, powiem gratuluję i byle tak dalej i choć to moja opinia, to wydaje się, że ta analogia dotyczy wszelkich nowości/ modyfikacji/ ramowania w systemach, metodach, nazewnictwie i ogólnym podejściu do procesu Sprzedaży. Z jakiejś przyczyny potwierdza się w życiu powiedzenie "jedna jaskółka wiosny nie czyni", podobnie jak "lepsze jest wrogiem dobrego" i są sytuacje, w których ołówek i papier biorą górę nad technologią, a milczenie i słuchanie wygrywa z „zagadaniem” w walce o skuteczną rozmowę.

 

Oś czasu pokazuje jeszcze jedną zależność. Jeśli Nowe wygrywa ze Starym, w kolejnej części meczu oddaje mu pierwszeństwo, by za jakiś czas na powrót [...], a najważniejsze wydaje się na wszystko właściwe, perspektywiczne i sprawiedliwe przez to spojrzenie. Stawiam w tym kontekście tezę, że co versus co jest lepsze i skuteczniejsze (również z Sprzedaży) oceni czas oraz wysypujące się (z upływem tego czasu) z jego kieszeni owoce. Zobaczymy je nie w perspektywie krótkowidza, a tej drugiej. Pomocne mogą okazać się też bufor emocji i pokora. Pomocne w ocenie skuteczności metod/ typów/ systemów Sprzedaży, ale i tego najważniejszego - człowieka w osobie Handlowca. Pomocne w ocenie Nowego, często gloryfikowanego stwierdzeniem „idzie nowe”, w domyśle lepsze oraz Starego, czy jeszcze "ińszego", o którym nie wiemy lub wydaje się nam, że wiemy. Bo to czas jest w wielu przypadkach jedynym uprawnionym Jurorem. Po czasie okazuje się, czy dana metoda/ system Sprzedaży, które to dzisiaj są uważane i lansowane jako hit będą hitem sezonu, czy może evergreenem. Bo mają na to szansę podobnie jak w przypadku utworów muzycznych wówczas gdy twórca, a później kontynuator/ wykonawca w osobie Handlowca ma ambicję na coś dłuższego, niż krótki sezon i pik na wykresie. By jak na liście przebojów utrzymać Sprzedaż przez lata/ dziesięciolecia, przekraczając barierę przypisanego sobie tego momentu, pokonując też zmienność mody i zrzucając skorupę przynależności do swojego czasookresu. By zrozumieć, że "dziś" to jedynie punkt na osi czasu oraz spróbować być optymalnie skutecznym w Sprzedaży nie tylko w tym punkcie, czy przez sezon, a przez całe zawodowe życie. Choć to niełatwe, istnieją branże i są Handlowcy, którzy sprzedają przez dziesięciolecia tym samym Klientom po raz n-ty produkty/ usługi na zasadzie współpracy wieloletniej.

 

Na pytanie „czy Sprzedaż jest wiecznie zielona” odpowiem, że tak. To zagadnienie tak ważne, że kroczy z człowiekiem krok w krok od zarania jego dziejów, będąc związana pośrednio z pochodzeniem/ przeżyciem człowieka (kieruję myśli do tekstu „genesis”, który powstał wskutek dostrzeżonej pychy współczesnych ekspertów sprzedażowych). Jeśli mówimy o przetrwaniu człowieka, Sprzedaż nie tylko może, ale musi być i jest tematem evergreen. PS: jako ilustrację tekstu wybrałem wiecznie zielone, nawet podczas srogiej zimy drzewa iglaste. Evergreeny dosłownie i w przenośni.

potrzeba zakupowa

Motorem napędowym Sprzedaży jest tzw. potrzeba zakupowa Klienta. Jeśli Klient potrzebuje jest szansa, że kupi. W tej szansie natomiast jest szansa, że kupi od nas. Musimy jednak coś dla tej szansy zrobić, a może nawet ową szansę stworzyć/ wykreować. Musimy być może coś jeszcze, ale o tym za chwilę.


Z potrzebą zakupową jest jak z ogniem, który czasem pojawia się sam w sposób niekontrolowany i nieprzewidywalny. Czasem. Piorun trafia w drzewo, które staje w ogniu. Płonie drzewo, płonie las. Widzimy zakup/ sprzedaż/ potrzebę zakupu środków codziennego użytku, więc ubrań, pożywienia. Każdy wg wspomnianej potrzeby. Widzimy chcącego naprawić uszkodzone auto i kompletującego piórnik dla swojej pociechy. Klient potrzebuje produktu/ usługi nagle i szuka tego niezbędnego. Szuka od razu, bo chce, bo musi i najważniejsze TERAZ. Ale bywa, że ogień wzniecany jest w przeciwieństwie do tego samoistnego wywołanego piorunem świadomie i celowo. Mamy tak organizując z przyjaciółmi pieczenie kiełbasek, już w samych planach okraszając atmosferę pieśnią harcerską wygrzebaną z zasobów własnej kory mózgowej. Ognisko, jako ogień „celowy” i świadomy możemy wzniecić bez trudu z użyciem zapałek, ale może się zdarzyć, że trzeba się będzie przy tym napracować niczym na wyprawie survivalowej ocierając drewno jedno o drugie, by cieszyć się płomieniem, jego światłem, ciepłem i bezpieczeństwem (czytaj imitacją przewagi nad naturą) krzycząc w radości i dumie z „własnoręcznego” sukcesu jak bohater filmu "Cast Away" „jestem królem świata!”. Trochę podobnie dzieje się w Sprzedaży.


kalendarz i głód


Bywa, że Klient zostaje naprowadzony na potrzebę posiadania czegoś celowo, z zaplanowaniem, analogicznie do ognia wzniecanego „specjalnie”. Nie miał potrzeby i już ma. Nie był świadomy braku czegoś, a jest. Zaobserwujemy pewne zjawisko sięgając pamięcią kilkanaście, kilkadziesiąt lat wstecz. Czyż mieliśmy wówczas potrzebę posiadania tabletu, albo smartwatcha? Żyliśmy bez tych rzeczy i było dobrze, by nie wchodzić w indywidualną ocenę, czy było lepiej, bądź gorzej. Było "w miarę" dobrze. Czy myśleliśmy wówczas o prezencie przed 14 lutego (ups...) dla swojej "walentynki"? Czy planowaliśmy okazalsze niż zwykle zakupy na black friday, cyber monday i „[...]day” z wszelkimi jego mutacjami? Żyliśmy bez tych rzeczy i było wg indywidualnej oceny „w miarę” dobrze. Czyż nie stworzono trochę w nas, w Klientach, ale i w kulturze i odbiorze przekazu reklamowego te oraz więcej innych wydarzeń i okazji? Chyba trochę tak. Wklejono daty handlowe w puste miejsca w kalendarzu niehandlowym i przerobiono nieaktywne sprzedażowo czasookresy w pachnące wydawaniem pieniędzy okazje zakupowe. Mocno może zabrzmi, ale wygląda na to, że jesteśmy pacynkami w teatrze handlowym.


Mimo że motor sprzedaży, czyli potrzeba zakupowa może być jak najbardziej naturalna, jak głód, to głód naturalny ma przyszywane rodzeństwo, czasem trudne do odróżnienia. Oprócz tego naturalnego istnieje głód wykreowany nawet u najedzonego człowieka. Głodny Klient chce zaspokoić głód, natomiast najedzony teoretycznie już nie musi go zaspokajać, ale można mu wmówić/ wykazać/ udowodnić bardzo inteligentną, dopasowaną/ wpasowaną idealnie i indywidualnie, czytaj spersonalizowaną argumentacją, że wciąż jest głodny. Stworzyć w nim wrażenie niedosytu po to, by po obfitym posiłku przy uginającymi się od wykwintnych dań stole zamówił coś jeszcze. Więc wjeżdża deser. Ale to nie koniec bynajmniej, bo przed wyjściem Klient może (musi?) zamówić coś do domu lub na wynos. Z tym że to nadal (znów bynajmniej) nie koniec, bo przecież kontakt się nie urywa i zacierając ręce mamy już plan na przyszłość Klienta, bez znaczenia, czy ten ostatni jest tego świadomy. Przecież jutro znowu będzie głodny.


podtrzymywanie ognia


Wracam do "gorącej analogii” ognia. Okazuje się, że ogień jest dobry, nie ma z tym dyskusji, a wszystkie rodzaje ognia, zarówno te nagłe/ niekontrolowane jak i te specjalnie wzniecone/ pod kontrolą mają wspólny mianownik. Oprócz możliwości ugaszenia można je podtrzymywać. Podtrzymywanie ognia, czytaj podtrzymywanie potrzeby zakupu, to główne zadanie handlu, w tym sił Sprzedaży, marketingu, public relations i reszty handlowego zaprzęgu. To zadanie tak ważne, jak paliwo w silniku gospodarki. Ale poza tym, że jest ważne ciąży na nim (nie)obligatoryjna odpowiedzialność, gdyż podtrzymywanie potrzeby zakupu powinno być nazwijmy to etyczne. Po to by Klient, jeśli oczywiście jest/ ma być traktowany jak człowiek, który ma prawo być wolny, w każdym momencie miał możliwość zgaszenia/ zdławienia ognia, a tym samym ucięcia, a może wyeliminowania wykreowanej u siebie potrzeby. Jeśli Klient to wciąż podmiot. Jest to ważne dlatego, żeby jak najmniej obserwować przesycenia/ przejedzenia/ wymiany sprawnych w 100% rzeczy na nowe, wciąż nowsze, choć niewiele nowego wnoszące, a oczywiście mające swoją cenę (w tym miejscu proszę Czytających o zanucenie w myślach "Money, money, money", Abby). 


A że ogień jest dobry nie ma z tym dyskusji, również ten „sprzedażowy”. Ściślej jednak mówiąc jest jednocześnie dobry i niebezpieczny, a precyzując, to dobry i bezpieczny jest tylko i wyłącznie ogień ujarzmiony. Najskuteczniejszym natomiast sprawcą jego ujarzmienia jest człowiek. Taki dobry ogień mamy w latarni oświetlającej mrok. Latarni przywodzącej, a niejednokrotnie ratującej zagubione na morzu statki. Nie inaczej jest z potrzebą zakupową, która jest jednocześnie dobra i niebezpieczna, a precyzując, to dobra i bezpieczna jest tylko i wyłącznie potrzeba zakupowa ujarzmiona. Najskuteczniejszym natomiast sprawcą jej ujarzmienia jest człowiek, a w przełożeniu na rynek - Klient/ Odbiorca/ Konsument. Ze względu na powyższe od czasu do czasu przynajmniej być może zasadne okazałoby się zapytanie samego siebie przed zakupem „czy ja naprawdę tego potrzebuję?”. To jest to drugie, co musimy, o którym wspominałem na wstępie tekstu, ale ponieważ określenie „musimy” to zbyt wiele zastąpię je słowami „może czasem warto". Może czasem warto w granicach własnej woli, wolnego wyboru na tym wolnym rynku mieć z tyłu głowy te kilka słów. Pytanie "czy ja naprawdę tego potrzebuję?" nie wymaga odpowiedzi, jednak czasem niczym kubeł zimnej wody gasi ogień.

talent i jego koszty

Ponieważ nie da się wykluczyć, że nie wszystko co jest proste i genialne zostało do tej pory odkryte, pomimo (albo dlatego właśnie) że jest proste i genialne, w twórczości ludzkiej nadzieja. W roku 1971 pierwszy odcinek serii "La Linea Balum Balum" zakończył dywagacje na temat tego, że doskonałe i genialne jest poza "powszechnym" zasięgiem. Osvaldo Cavandoli, Franco Godi i Carlo Bonomi oraz na pozór "prosty" pomysł. Pomysł z kategorii tych, których część do dzisiaj czeka na przypisane im "EUREKA!".   


"prostota" i „niepozorność”

Podstawowe narzędzia często w swojej „niepozorności” i „prostocie" kryją tajemnicę. Są w stanie wydobyć np. z „twardego jak kamień" (oczywiście, bo to kamień) marmuru ponad 5-metrowego biblijnego Dawida. Jedynym warunkiem jest to, by używający tych narzędzi był Michałem Aniołem. Michał Anioł miał tylko (a może aż) dłuto, a ja o nim wspominam po 500 latach i patrząc na posąg Dawida stwierdzam, że talent dosłownie i w przenośni jest „nagi”. Proszę dać mi najlepszy program graficzny świata, a nie uczynię tego co Wiktor Zinn kruchym kawałkiem węgla. Talent jest „nagi” i ponieważ nie da się wykluczyć, że nie wszystko co jest proste i genialne zostało do tej pory odkryte, pomimo (albo dlatego) że jest proste i genialne, w twórczości ludzkiej nadzieja. Samo tworzenie jednak oraz wspieranie talentów jest tym za co są odpowiedzialni wszyscy jego odbiorcy, nie pomijając czytających i piszącego te słowa. Poniżej posąg Dawida ze szczegółowym odwzorowaniem między innymi naczyń krwionośnych, wykonany pięć wieków przed powstaniem druku 3D.  


Zadam w tym miejscu pytanie nie oczekując odpowiedzi. Czy zastanawiamy się nad tym, że kupując/ odbierając choćby "kliknięciami" czyjąś twórczość nagradzamy trud wielu lat żmudnych ćwiczeń i odwrotnie, bo brakiem tego zainteresowania/ zauważenia (nie)chcący ją zabijamy? 
   
paradoks talentu

Tworzenie samo w sobie nie „musi" mieć wielu rzeczy, a w zasadzie niczego nie „musi" mieć poza lepiącym ów "garnek". Tworzenie jedyne co "musi", to musi mieć swojego Twórcę, zgodnie z przyjętym powiedzeniem "mało sprzętu, dużo talentu" i jego mutacjami. Doskonałość miecza Katana (nihon-tõ) można uzyskać odpowiednio użytymi „powszechnymi” narzędziami. Mózg ludzki jest narzędziem jak najbardziej „powszechnym” (mamy go wszyscy) i można go użyć „odpowiednio” w sprzężeniu z innymi narzędziami „powszechnymi”, rzecz jasna wraz z poświęceniem czasu i cierpliwości. 


Najciekawsze i fascynujące, bo nieodkryte w tworzeniu i jego owocach jest to, że codziennie, a właściwie w każdej chwili otwiera się na tym polu czysta karta, a sposób jej wypełnienia/ zapełnienia/ wykorzystania zawsze będzie tajemnicą. Wszystko co człowiek do tej pory osiągnął na płótnie malarskim, na kliszy filmowej, na pięciolinii i w innych obszarach realizacji ludzkiej pasji nie ma granicy i raczej jej nie będzie miało. Paradoksem i jednocześnie pozytywnym stygmatem talentu ludzkiego i pójścia jego drogą jest to, że jest bezcenny, a oprócz zaangażowania czasu nic nie musi kosztować. Zawsze będzie tak, że ktoś zagra na szklankach z różną ilością wody ekstremalnie trudną etiudę lepiej, niż ktoś inny na profesjonalnym fortepianie. Jest natomiast jedno "ale", bo tworzenie oraz wspieranie talentów ludzi jest tym, za co są odpowiedzialni wszyscy jego odbiorcy. 

Z jakiejś przyczyny temat muzyczny "You" [Ten Sharp] jest mimo wielu już lat zgodnie z jego fragmentem "always on my mind", a większość "hitów" (mała litera niech zostanie) kilku ostatnich lat wyparowało w niebyt, mimo że w swojej chwili istnienia miały miliony odtworzeń, czy powinienem określić odsłon. Być może dlatego, że kunszt muzyczny poznaje się niekoniecznie po ilości wyświetleń w internecie ale lat, po których utwór wciąż wywołuje na plecach "ciarki". Mimo więc, że wiara iż nadejdzie dzień, w którym warsztat i talent ludzki na powrót zatriumfują w starciu z hołdowanymi powszechnie kliknięciami/ odwiedzinami/ odsłonami wydawać się może na tę chwilę utopią mam cichą prośbę nieobligatoryjną/ obligatoryjną (niepotrzebne skreślić). Nie mówmy o tym ludziom ćwiczącym latami z zamiłowania/ powołania własny warsztat wg różnych odmian talentu i pasji. Nie mówmy, że osiągając po latach/ dziesięcioleciach ćwiczenia na instrumencie muzycznym poziom perfekcji będą musieli mierzyć się w "rankingu odsłon" być może z kimś spoza kategorii muzycznej. Częściej też kliknijmy/ odsłuchajmy/ zobaczmy TO, CO NA TO ZASŁUGUJE, gdyż "bańka" ma jedną podstawową i pierworodną właściwość. Pęka. Być może to dobrze, może odwrotnie, być może to nieistotne, tutaj każdy ma prawo do oceny własnej, może nawet oceny twórczej. W wyniku podobnej oceny, choć w innym kontekście stworzono przed laty muzyczny pomnik "Dziwny jest ten świat".   

umiejętności-wątpliwości, czyli kosy się nie tankuje

Pamiętam ze studiów opowieść jednego z wykładowców o naukowcach z Polski, którzy pojechali na międzynarodowy projekt inżynieryjny za granicę. Gdy pewnego dnia zabrakło prądu i wszystkie urządzenia liczące „padły” z braku zasilania, a wiadomo było, że awaria się może przeciągnąć, inżynierowie z Polski jeden po drugim zaczęli wyciągać ołówki, papier i obliczać wszystko "ręcznie". Stąd użyte wyżej stwierdzenie "kosy się nie tankuje". Pracę zawsze można wesprzeć i to dobrze. Kombajnem jest bez wątpienia szybciej, ekonomiczniej i bardziej racjonalnie. Jednak w życiu może rzadko, ale bywa, że trzeba umieć rozpalić ogień bez zapałek. Jeśliby więc pozwolić (na chwilę) na brak wygód i pójście drogą trudniejszą? Pasja i talent wymagają zaangażowania ze strony osoby, z której wychodzą, jednak to tylko część tej (ważnej) sprawy, bo tak samo są za nią odpowiedzialni odbiorcy "owoców" ludzkiego talentu, więc - my wszyscy. Pasja i talent wymagają zaangażowania twórcy, ale również otoczenia, więc mogą być (i są) przez nie postrzegane jako koszt, choćby koszt pójścia niepopularną i mniej przyjemną, a przez to trudniejszą drogą spędzania własnego czasu.    

Umiejętności oraz talent ludzki przeważnie wymagają zaangażowania i poświęcenia czasu dlatego dzisiaj, w świecie wyrzucania w ciągu milisekund gotowych rozwiązań przez "wyszukiwarki" są tak niemodne. Pojawia się jednak pytanie czy auto, które „zrobi” większość "za kierowcę" nie nauczy go prowadzić zbyt pewnie, zbyt szybko i brawurowo. Czego się w końcu obawiać, skoro i tak automat poprzez zaawansowane systemy wybroni kierowcę z poślizgu. Co się jednak stanie, gdy nauczony "wspomagaczami" kierowca będzie zmuszony jechać autem mniej zaawansowanym. Co się stanie z nim, a co z innymi uczestnikami ruchu. Być może istnieją jednak umiejętności, które pomimo, że można "łatwiej i szybciej" nie powinny być zostawiane na pastwę niewiedzy i niepoznania, zwłaszcza przez dzieci. Mimo że mapa w smartfonie doprowadzi nas do celu, a wręcz "pod same drzwi", może warto kupić dziecku kompas i pokazać jak działa, albo nauczyć tego choćby w domu, z pomocą miski z wodą i igły.  [- Mamo, co to jest? / - Maszynka do mielenia mięsa. Uważaj na palce! / - Aha]   

Zostawiam wszystko subiektywnej ocenie, ale być może istnieją umiejętności, które nie powinny być zostawiane na pastwę niewiedzy i niepoznania przez dzieci, ale też pastwę zapomnienia przez te "duże dzieci", czyli dorosłych. Może warto napisać czasem tradycyjny list, zamiast kolejnego SMS-a, o którym i tak się powoli zapomina, ponosząc przy tym ryzyko szczerości podczas wypełniania pismem kilku kartek papieru „od siebie”, zruszając ubitą ziemię własnego wnętrza i otwierając się na dłuższą relację. Bo całkiem możliwe, że adresat odpisze. Kolejne ryzyko w tym doświadczeniu jest takie, że kupując znaczek pocztowy "duże dziecko" przypomni sobie pasję z dzieciństwa i wyciągnie z pawlacza zakurzony klaser sprzed X lat. Co się wydarzy jak pokaże znaczki dzieciom. Zapewne nic. Chociaż?  

na koniec - szacunek  

Podsumowując ten zbiór myśli łączę całość klamrą, bo zdobywanie umiejętności, pasja i rozwój talentu wymagają zaangażowania i poświęcenia czasu, który był też potrzebny/ niezbędny Michałowi Aniołowi do wydobycia posągu tkwiącego w kamieniu. Mimo że poświęcanie czasu jest dzisiaj "nie na czasie" warto może pamiętać, że kosy się nie tankuje, kompas nie potrzebuje baterii, a od wyprostowanej dłoni do łokcia u dorosłego człowieka jest bez kilku centymetrów pół metra (kolejny wykładowca namawiał, by znać takie podstawowe wartości, bo ten "zgrubny" pomiar może czasem okazać się przydatny). A pisząc "na koniec - szacunek" mam cichą nadzieję, że znajdzie się na niego miejsce również na początek oraz w pozostałym czasookresie. Na szacunek dla ludzi nauki/ sportu/ kultury/ sztuki i innych obszarów rozwoju człowieka oraz (a może przede wszystkim) dla rodziców za umiejętność wydobycia/ zauważenia w człowieku potencjału oraz zaszczepienie w sobie i innych chęci zostawienia drogi szybszej i wygodniejszej na rzecz tej wymagającej.