Szmat czasu minął odkąd zbierało się etykiety z butelek po oranżadzie. Ech, cóż to była za kolekcja. Pocztówki, oczywiście znaczki pocztowe, pieniądze falsyfikaty ze słonecznika, żołnierzyki z lizaków, historyjki z "donaldów" i wiele innych oryginalnych rzeczy. Robiło się to dla rozrywki oraz zaspokojenia potrzeby społecznej integracji, ponieważ rozmawiało się o tym z rówieśnikami, których nazwę jak wówczas kolegami. Większość kolekcji miała cechę wspólną, bo nie kosztowała niczego oprócz zaangażowania oraz inwencji w pozyskiwaniu kolejnych etykiet, znaczków, kartek, puszek itp. Zero pieniędzy, może prawie zero, a jedynie czas i chęć powiększania osobistych i chyba unikalnych zbiorów, w których każdy element był ważny i potrzebny. Czas nie ogląda się za siebie, ale dzisiaj dzieci kolekcjonują podobnie jak ja kiedyś, jedynie stwierdzenie "zero pieniędzy" jakby z czasem wyblakło. Czas sprawił coś jeszcze, bo z czasem właśnie pojawiły się tzw. wspomagacze kolekcjonowania i (niekiedy, bo nie zawsze) wydawania przy tym pieniędzy. Mamy dzisiaj w kolekcjach kategorie ich części składowych, stopniujące chęć i potrzebę posiadania. Niektóre zbierane elementy są „zwykłe”, ale inne mają przymiot „srebrne”, „rzadkie", „ultrarzadkie", „złote", „epickie", „legendarne", „mityczne", czy [...]. Kwadratowym nawiasem ucinam, bo za chwilę coś tam zapewne „wskoczy". Jeśli nie istnieją te kategorie oficjalnie, to w rozmowach między kolekcjonerami już jak najbardziej. Weszły również do świata wirtualnego, w komputerowych spotkaniach graczy, bo jak wiemy „online" i „real" się przenikają. Dzisiaj też niezmiennie, mimo że upłynęło kilka dekad robi się to wszystko dla rozrywki oraz zaspokojenia potrzeby społecznej integracji, ponieważ rozmawia się o tym z rówieśnikami, których nazwę jak kiedyś kolegami. Szmat czasu minął odkąd zbierało się etykiety z butelek po oranżadzie. Ech, cóż to była za kolekcja.
Janusz Zacharewicz - blog o Sprzedaży, reklamie, ludzkim potencjale, tworzeniu i nie tylko. Nie wszystko MOŻNA mówić wprost, ale i nie wszystko TRZEBA. Obserwacje przynosi codzienność, która jak się przyjrzeć jest niecodzienna. Wszystkie treści na blogu © Janusz Zacharewicz
kura i jajko
Rok temu napisałem tekst pt. "wagony", do czego impulsem był jak się można domyślić przejeżdżający pociąg. Starałem się całości nadać charakter sunącego po szynach kolejowego taboru. Mam potrzebę wrócić do tej myśli i mimo że jest to lektura nieobowiązkowa będzie mi miło jeśli zajmie chwilę uwagi (zainteresowanych kieruję do źródła na tym blogu). Ponad 20 lat stoję i obserwuję przejazd swoistego pociągu, bo w taki sposób postrzegam funkcję zmieniających się w czasie trendów, które mimo zmieniającej się mody wracają. To co dobre się nie deaktualizuje i czerpiemy z dotychczasowych i często bezcennych śladów poprzedników. Jeśli mowa o pociągu, to Sprzedaż i Marketing są lokomotywami, z których jedna ciągnie, a druga pcha cały tabor, bez znaczenia "która jest którą". Można się zastanawiać jaka w dotarciu do Klienta/ do Odbiorcy/ do czytających oraz do piszącego te słowa jest rola Sprzedaży, jaką ma Marketing i gdzie tutaj przysłowiowa kura, a gdzie jajko, choć wg mnie się wzajemnie przenikają przejmując na jakiś czas od siebie funkcję "pierwszych skrzypiec". Spaja je natomiast nieodzowny (póki co) "czynnik ludzki", bo jeśli nawet fragment procesu za człowieka wykona Ona/ On/ Ono jako sztuczna inteligencja, czy Algorytm, to w pierwszym kroku ktoś Ją/ Go/ To wynalazł i mniej lub bardziej celowo w danym miejscu umieścił. Mam oczywiście świadomość, że to jedynie uproszczenie, bo z reguły jedynie wydaje nam się, że wiemy wszystko, gdy staramy się to co wiemy nazwać lub opisać. PS. proszę nie szukać mnie w czwartym wagonie.
spersonalizowane światło
Sól jest dobra, często niezbędna, jeśli jest używana w odpowiedniej ilości,
a sednem smaku potrawy złożonej nawet z najprostszych składników jest wyważenie
ich proporcji. Nie jestem lepidopterologiem (znawcą od motyli), ale dzięki
percepcji laika coś mi „świta”, że nie powinno się pomagać w procesie
przepoczwarzania w motyla, nawet jeśli ciężko jest stworzeniu wydostać się na
zewnątrz. Właśnie w tym ważnym czasie następuje ćwiczenie mięśni potrzebnych
motylowi do latania, zatem niezbędnych do przetrwania. Podobnie dzieje się
podczas nauki jazdy na rowerze, gdy trzymamy go cały czas, nie pozwalamy
uczącemu się złapać równowagi i zrozumieć zasad samodzielnej jazdy. Nie jestem
znawcą piosenki polskiej (chociaż swoje o niej wiem), ale zapadły mi w pamięć
słowa śpiewane przez Natalię Kukulską „im więcej ciebie, tym mniej”. Choć
kontekst tej frazy jest inny, słowa są nad wyraz prawdziwe dzisiaj, choćby w
przepływie i kierowaniu do odbiorcy informacji, w tym tej reklamowej oraz w
działaniu niektórych internetowych algorytmów. Im więcej pomagamy motylowi, tym
gorzej dla niego. Im bardziej wyręczamy młodego adepta jazdy na jednośladzie,
tym mniej się uczy. Im częściej atakujemy słuchacza/ widza/ internautę „hitem”,
informacją sprzedażową, tym szybciej powodujemy spowszechnienie przekazu,
rykoszetem wytracając jego pierworodną rolę oraz potencjalną wartość nawet
najbardziej kunsztownego i oryginalnego owocu ludzkiej kreatywności. Nieco
zaczerwienić się powinny w tym miejscu niektóre odmiany algorytmów, choć roboty
(póki co) są uczuć pozbawione. Chyba że zakłada się z góry, że adresat
informacji jest motylem nocnym, czyli ćmą i musimy go prowadzić i kierować
na spersonalizowane światło. Oby nie skończyło się to sparzeniem,
jak ma to miejsce często w naturze. Sól jest dobra, często niezbędna, jeśli
jest używana w odpowiedniej ilości, a sednem smaku potrawy złożonej nawet z
najprostszych składników jest wyważenie ich proporcji. Można pewnie napisać na
ten temat więcej, ale całkiem możliwe, że i tym razem „im więcej, tym mniej”.
Kończąc wypuszczę powietrze z balonu powagi wracając pamięcią kilka lat wstecz,
kiedy powstały poniższe wersy. Żadna to liryka, czy nawet jej namiastka, a ciąg
słów wybranych spośród innych "na ochotnika". Kupuję, kupujesz,
kupujemy wszyscy. Ale kupują i nas, choć zapewne nie wszyscy. Gdyby ktoś
tęsknił za odrobiną prywatności, opisywany bohater zachował ją dla siebie w
całości, nie potrzebując do tego klatki Faradaya.
Namierzali go po GPS-ie,
ale dobrze czuł się w lesie,
w polu, gdzie się pasą krowy.
Pozostawał anonimowy.
Namierzali po IP,
chcąc dostarczać aż "pod drzwi",
ale nie miał domu z drzwiami,
obrał sen między drzewami.
Chcieli cookies" wykorzystać,
gdyby z sieci chciał korzystać,
ale sieci się wystrzegał,
wróg śmiertelny po niej biegał.
Planowali face-2-face spotkanie,
z zaskoczenia się to stanie,
lecz minęły trzy tygodnie
i zszedł ze świata motyl godnie.
|Anonimowy| © Janusz Zacharewicz
PS: Czasem mam potrzebę w lekkim tonie o czymś ważnym powiedzieć, nie umniejszając znaczenia istoty przekazu. Tak jest i tym razem.
clickbajt u lekarza
Gdy jakiś czas temu Ronaldo odkładał wiadomą butelkę ze znanym na całym świecie logotypem tąpnął być może na chwilę jakiś ważny wykres. Ważny, jednak w tej samej chwili odszedł z tego świata ktoś dla kogoś najważniejszy, ktoś z biedy nie zjadł posiłku, ktoś inny uratował przypadkowego nieznajomego w reanimacji na przystanku autobusowym, a w wielu domach w milczącej codzienności rodzice zapewnili swoim pociechom szczęście w niemedialnej zabawie i wspólnym odrabianiu lekcji, co nie chciało wpłynąć na żaden z ważnych wykresów. A może wpłynęło. Łatwo zapomnieć przeglądając/ scrollując tzw. newsy, że informacja pochodzi z ciąży wielopłodowej, a żyjemy chyba trochę w świecie kultywowania jedynaka. Dotykam niechcący dysonansu, który odczuwa osoba czytająca na ruchomym pasku informacyjnym w TV o śmierci osoby publicznej lub popularnej, podczas gdy o zmarłym w tym samym czasie jej bliskim, może najbliższym z bliskich nikt nie wspomniał. Poniższe zdjęcie użyłem dla zobrazowania informacji „jedynaka” przydeptującego inne informacje z kategorii „pozostałe rodzeństwo”. Nie umniejszając rangi żadnej z przebijających się do społeczeństwa informacji spróbuję wzmocnić tym tekstem "pozostałe rodzeństwo", ponieważ być może warto je częściej dostrzec. Mimo że świat informacji dzisiaj chce/ musi „monetyzować” nie możemy zapominać, że uwagę mamy tylko jedną, a rozdysponowanie jej należy/ powinno należeć do nas jako jej właścicieli, chyba że po drodze sprzedaliśmy lub oddaliśmy za darmo jej udziały. Upomnieć się o nie nie jest przymusem, ale z pewnością możliwością. Stąd mój głos na pustyni.
Godny Zamiennik
Istnieje
powiedzenie "niezastąpionych całe
cmentarze" i jest ono w dużej mierze prawdziwe, jednak
każdy z nas zamykając oczy wspomni Tę/ Tego/ To, którą/ którego/ które nie dało
się w żadnym stopniu zastąpić. Nie wynaleziono Godnego
Zamiennika. Nawiążę do tego w innym kontekście, a czy ważnym
zostawiam subiektywnej ocenie. Pojawia się wg mnie pytanie ile
wartościowych/ oryginalnych/ potencjalnie cennych dla ludzkości projektów/
wizji/ koncepcji ulatuje/ ginie w świecie/ internecie za przyczyną
celowego dostosowywania/ katalogowania i odsiewania tematów mniej ważnych/
ciekawych/ wartościowych od tych uznanych za ważne/ ciekawe/ wartościowe,
decyzją bezpośrednią lub pośrednią poprzez algorytmy sterowane wg
(nie?)określonego klucza mody/ uniwersalizacji/ unifikacji oraz popularności
(słowo bożek) i najważniejszej dzisiaj, stąd wytłuszczę i napiszę wielką literą Monetyzacji.
O pomyłkę nietrudno, jak to w życiu i po czasie dopiero widać, że
nieomylnych założeń jest niewiele. Odrzuci (być może) biblijny budujący tzw.
kamień węgielny przypadkiem lub nie przypadkiem. A może nie. Żyjemy jednak dzisiaj
w świecie kilku najpopularniejszych gatunków jabłek, których w rzeczywistości
jest 7-8 tysięcy (niesamowita jest przyroda!), co stało się po części z tzw.
wolnego wyboru Klienta/ Konsumenta/ Odbiorcy sięgającego/ wybierającego/
klikającego po usługę/ produkt i wpływającego tym (nie)chcący pozytywnie/
negatywnie (niepotrzebne skreślić) na znaczący obszar własnego
życia. Wydaje się jednak, że wyjątkowo pasuje do tego puzzla drugi, ze
specyficznym napisem "kto jest bez winy, niech pierwszy [...]".
Dzisiaj zakładam większość z nas byłaby zmuszona upuścić kamień na ziemię
i bez słowa odejść.
Uwagę
mamy tylko jedną, a rozdysponowanie jej należy/ powinno należeć do nas jako jej
właścicieli, chyba że po drodze sprzedaliśmy lub oddaliśmy za darmo jej
udziały. Upomnieć się o nie nie jest przymusem, ale z pewnością
możliwością. Kończąc myśl spuszczę na chwilę powietrze z tego balonu
powagi i połączę dwie epoki (stary szkielet, nowy outfit) swoistym drillem
dowcipu, który może i jest sucharem, ale oby nie tym ostatnim w plecaku
podróżnika.
Przychodzi
clickbajt do lekarza, a lekarz daje mu lajka. Wszystko pasuje, to nie clickbajt
choruje.
|clickbajt
u lekarza| © Janusz Zacharewicz
PS.
Refleksję kończę mojego skromnego autorstwa paradowcipem, choć traktuję ją
całkiem poważnie. Niech będzie moim głosem na pustyni.
zawsze będzie dzisiaj
Ten Wynalazca różnił się od pozostałych w swoim fachu. Nie
słynął z pomysłów, czy projektów popularnych i modnych, po które ustawiały się
kolejki oczekujących, a z takich, których zadaniem było służyć przez długie
lata, z reguły dziesięciolecia, bez potrzeby ich wymiany i
aktualizacji. Upływający czas i zmieniająca się technologia sprawiały, że
składzik Tego Wynalazcy zalegał przedmiotami, które pamiętały poprzednie
pokolenia, a mimo to wciąż spełniały zakładaną przy ich tworzeniu
funkcję. Trochę jakby tym milczącym trwaniem chciały przekazać coś ważnego
ich użytkownikom. Łączył je wspólny mianownik. Zawsze będzie dzisiaj.
Pewnego dnia, podobnego tylko na pozór do innych w
drzwi warsztatu Tego Wynalazcy zapukał młody handlowiec. Nie był pierwszym, bo
często sprzedawcy tu zaglądali i jak zawsze w takich przypadkach Ten Wynalazca
kierował petentów do kolegów w swoim fachu. Nauczony doświadczeniem, że wszyscy
szukają nowinek technicznych lub gadżetów wspierających pracę, w ten dzień, podobny
tylko na pozór do innych zachował się podobnie. Jednak ten handlowiec nie
odszedł, bo przybył pod konkretny adres świadomie. Przyszedł celowo do Tego
Wynalazcy, ponieważ słyszał o jego kluczowym założeniu, że stworzone dzieło ma
zadanie służyć przez długie lata. Młody człowiek przedstawił najpierw
siebie, potem swoje oczekiwania, starając się nakreślić sens własnych
poszukiwań i jego tzw. niespokojnego snu, który go z jakiegoś powodu nie opuszczał.
Zależało mu na sprzedawaniu ilościowym i jakościowym przez całe zawodowe życie,
nie tylko na raporcie z bieżącego dnia, miesiąca, kwartału, czy roku.
Wytłumaczył, że kroki skierował do Tego Wynalazcy, bo nikt inny jak on właśnie
miał szansę go zrozumieć. Po skonfrontowaniu oczekiwań i możliwości obaj
rozmówcy podali sobie rękę i umówili się na odbiór zamówienia w terminie
niesprecyzowanym. O ile jego realizacja będzie możliwa.
Minęło kilka dni, podobnych tylko na pozór do innych i
młody handlowiec odebrał telefon z informacją, że zamówienie jest gotowe do
odbioru. Zostawił wszystko i podekscytowany, najszybciej jak mógł stawił się w
warsztacie, w którym Ten Wynalazca zaprezentował mu niewielką pralkę z
napisem "wy[b/p]rane techniki sprzedaży". Handlowiec zmieszał
się, ale z każdą upływającą sekundą próbował sytuację zrozumieć. Hybryda
słów "wybrane" i "wyprane" wyrażała to, co
podskórnie czuł, choć nie umiał tego ubrać i poukładać w myśli i słowa. Z
pozoru trudne dotychczas, teraz wydało się oczywiste. Zawsze uważał, że nie
wszystkie techniki skutkujące sprzedażą "już" są odpowiednie, dlatego
to on sam musi spośród nich wybrać. Czuł jednocześnie i rozumiał, że sprzedaż
wieloletnia i powtarzalna, na której mu zależy, opiera się na zaufaniu i braku
podstępu, co symbolizuje czystość i biel. Biel natomiast zazwyczaj wybierana
jest z innych kolorów i prana osobno, co tłumaczy alegoryczne stwierdzenie
"wyprane". Jeśli sprzedaż ma trwać lat 10, 20, 30, a może i dłużej,
powinna być jak biel. Z pozoru trudne dotychczas, teraz wydało się
oczywiste. Handlowiec spojrzał na tabliczkę znamionową pralki, na
której widniał napis "termin przydatności - dzisiaj", zerknął na
zegarek z datownikiem, następnie prosto w oczy uśmiechniętego Tego Wynalazcy i
zrozumiał. Zawsze będzie dzisiaj.
Minęło kilka lat, podobnych tylko na pozór do innych i
już nie taki młody jak przed laty, ale wciąż zakochany w sprzedaży handlowiec
kontynuuje swoją zawodową drogę. W dokonywaniu codziennych wyborów w relacji z
Klientem pomaga mu szczególny przedmiot z charakterystycznym
napisem. Wynalazek ten powstał wskutek intencji młodego człowieka
zajmującego się sprzedażą. Jego intencje spotkały się z geniuszem Tego
Wynalazcy, który różnił się od pozostałych w swoim fachu. Nie słynął z
pomysłów, czy projektów popularnych i modnych, po które ustawiały się kolejki
oczekujących, a z takich, których zadaniem było służyć przez długie lata, z
reguły dziesięciolecia, bez potrzeby ich wymiany i
aktualizacji. Upływający czas i zmieniająca się technologia sprawiały, że
składzik Tego Wynalazcy zalegał przedmiotami, które pamiętały poprzednie
pokolenia, a mimo to wciąż spełniały zakładaną przy ich tworzeniu
funkcję. Trochę jakby tym milczącym trwaniem chciały przekazać coś ważnego
ich użytkownikom. Łączył je wspólny mianownik. Zawsze będzie dzisiaj.



