"sprzedażowa niemoc"

Bywa że przy drodze, po której idę już wiele lat dostrzegam znaki. Poniższa myśl oraz jej bohaterka nie są idealne, ale niech tak zostanie. Dotykam jej codziennie wzrokiem, węchem i po omacku, a mimo że w całości nie daje się poznać, znam już jej słabości. Cieszy mnie ta jej "sprzedażowa niemoc". Mimo najszczerszych chęci, wrodzonych zdolności, nabytych w Sprzedaży kompetencji oraz wieloletniej praktyki, nie kupię czasu z przeszłości. Ten minął bezpowrotnie wraz z oddechami wypełniającymi na swoją chwilę płuca. Nie kupię prawdziwej miłości, choćby cenę ktoś nadzwyczaj promocyjną wystawił. Tej natomiast, którą mam nie sprzedam za żadne pieniądze. Więc jak jest z tą Sprzedażą, zapytam od eksperta po laika. Sprawdzi się tu jakaś technika, czy taktyka, bardziej skuteczna, niż wyjęta z porzekadła na Słońce motyka? Wybrzmiewa w moich uszach, że "wszystko ma swoją cenę". Czy aby na pewno? Dotykam jej codziennie wzrokiem, węchem i po omacku, a mimo że w całości nie daje się poznać, znam już jej słabości. Cieszy mnie ta jej "sprzedażowa niemoc".

kolekcja

Szmat czasu minął odkąd zbierało się etykiety z butelek po oranżadzie. Ech, cóż to była za kolekcja. Pocztówki, oczywiście znaczki pocztowe, pieniądze falsyfikaty ze słonecznika, żołnierzyki z lizaków, historyjki z "donaldów" i wiele innych oryginalnych rzeczy. Robiło się to dla rozrywki oraz zaspokojenia potrzeby społecznej integracji, ponieważ rozmawiało się o tym z rówieśnikami, których nazwę jak wówczas kolegami. Większość kolekcji miała cechę wspólną, bo nie kosztowała niczego oprócz zaangażowania oraz inwencji w pozyskiwaniu kolejnych etykiet, znaczków, kartek, puszek itp. Zero pieniędzy, może prawie zero, a jedynie czas i chęć powiększania osobistych i chyba unikalnych zbiorów, w których każdy element był ważny i potrzebny. Czas nie ogląda się za siebie, ale dzisiaj dzieci kolekcjonują podobnie jak ja kiedyś, jedynie stwierdzenie "zero pieniędzy" jakby z czasem wyblakło. Czas sprawił coś jeszcze, bo z czasem właśnie pojawiły się tzw. wspomagacze kolekcjonowania i (niekiedy, bo nie zawsze) wydawania przy tym pieniędzy. Mamy dzisiaj w kolekcjach kategorie ich części składowych, stopniujące chęć i potrzebę posiadania. Niektóre zbierane elementy są „zwykłe”, ale inne mają przymiot „srebrne”, „rzadkie", „ultrarzadkie", „złote", „epickie", „legendarne", „mityczne", czy [...]. Kwadratowym nawiasem ucinam, bo za chwilę coś tam zapewne „wskoczy". Jeśli nie istnieją te kategorie oficjalnie, to w rozmowach między kolekcjonerami już jak najbardziej. Weszły również do świata wirtualnego, w komputerowych spotkaniach graczy, bo jak wiemy „online" i „real" się przenikają. Dzisiaj też niezmiennie, mimo że upłynęło kilka dekad robi się to wszystko dla rozrywki oraz zaspokojenia potrzeby społecznej integracji, ponieważ rozmawia się o tym z rówieśnikami, których nazwę jak kiedyś kolegami. Szmat czasu minął odkąd zbierało się etykiety z butelek po oranżadzie. Ech, cóż to była za kolekcja.

kura i jajko

Rok temu napisałem tekst pt. "wagony", do czego impulsem był jak się można domyślić przejeżdżający pociąg. Starałem się całości nadać charakter sunącego po szynach kolejowego taboru. Mam potrzebę wrócić do tej myśli i mimo że jest to lektura nieobowiązkowa będzie mi miło jeśli zajmie chwilę uwagi (zainteresowanych kieruję do źródła na tym blogu). Ponad 20 lat stoję i obserwuję przejazd swoistego pociągu, bo w taki sposób postrzegam funkcję zmieniających się w czasie trendów, które mimo zmieniającej się mody wracają. To co dobre się nie deaktualizuje i czerpiemy z dotychczasowych i często bezcennych śladów poprzedników. Jeśli mowa o pociągu, to Sprzedaż i Marketing są lokomotywami, z których jedna ciągnie, a druga pcha cały tabor, bez znaczenia "która jest którą". Można się zastanawiać jaka w dotarciu do Klienta/ do Odbiorcy/ do czytających oraz do piszącego te słowa jest rola Sprzedaży, jaką ma Marketing i gdzie tutaj przysłowiowa kura, a gdzie jajko, choć wg mnie się wzajemnie przenikają przejmując na jakiś czas od siebie funkcję "pierwszych skrzypiec". Spaja je natomiast nieodzowny (póki co) "czynnik ludzki", bo jeśli nawet fragment procesu za człowieka wykona Ona/ On/ Ono jako sztuczna inteligencja, czy Algorytm, to w pierwszym kroku ktoś Ją/ Go/ To wynalazł i mniej lub bardziej celowo w danym miejscu umieścił. Mam oczywiście świadomość, że to jedynie uproszczenie, bo z reguły jedynie wydaje nam się, że wiemy wszystko, gdy staramy się to co wiemy nazwać lub opisać. PS. proszę nie szukać mnie w czwartym wagonie.

spersonalizowane światło

Sól jest dobra, często niezbędna, jeśli jest używana w odpowiedniej ilości, a sednem smaku potrawy złożonej nawet z najprostszych składników jest wyważenie ich proporcji. Nie jestem lepidopterologiem (znawcą od motyli), ale dzięki percepcji laika coś mi „świta”, że nie powinno się pomagać w procesie przepoczwarzania w motyla, nawet jeśli ciężko jest stworzeniu wydostać się na zewnątrz. Właśnie w tym ważnym czasie następuje ćwiczenie mięśni potrzebnych motylowi do latania, zatem niezbędnych do przetrwania. Podobnie dzieje się podczas nauki jazdy na rowerze, gdy trzymamy go cały czas, nie pozwalamy uczącemu się złapać równowagi i zrozumieć zasad samodzielnej jazdy. Nie jestem znawcą piosenki polskiej (chociaż swoje o niej wiem), ale zapadły mi w pamięć słowa śpiewane przez Natalię Kukulską „im więcej ciebie, tym mniej”. Choć kontekst tej frazy jest inny, słowa są nad wyraz prawdziwe dzisiaj, choćby w przepływie i kierowaniu do odbiorcy informacji, w tym tej reklamowej oraz w działaniu niektórych internetowych algorytmów. Im więcej pomagamy motylowi, tym gorzej dla niego. Im bardziej wyręczamy młodego adepta jazdy na jednośladzie, tym mniej się uczy. Im częściej atakujemy słuchacza/ widza/ internautę „hitem”, informacją sprzedażową, tym szybciej powodujemy spowszechnienie przekazu, rykoszetem wytracając jego pierworodną rolę oraz potencjalną wartość nawet najbardziej kunsztownego i oryginalnego owocu ludzkiej kreatywności. Nieco zaczerwienić się powinny w tym miejscu niektóre odmiany algorytmów, choć roboty (póki co) są uczuć pozbawione. Chyba że zakłada się z góry, że adresat informacji jest motylem nocnym, czyli ćmą i musimy go prowadzić i kierować na spersonalizowane światło. Oby nie skończyło się to sparzeniem, jak ma to miejsce często w naturze. Sól jest dobra, często niezbędna, jeśli jest używana w odpowiedniej ilości, a sednem smaku potrawy złożonej nawet z najprostszych składników jest wyważenie ich proporcji. Można pewnie napisać na ten temat więcej, ale całkiem możliwe, że i tym razem „im więcej, tym mniej”. Kończąc wypuszczę powietrze z balonu powagi wracając pamięcią kilka lat wstecz, kiedy powstały poniższe wersy. Żadna to liryka, czy nawet jej namiastka, a ciąg słów wybranych spośród innych "na ochotnika". Kupuję, kupujesz, kupujemy wszyscy. Ale kupują i nas, choć zapewne nie wszyscy. Gdyby ktoś tęsknił za odrobiną prywatności, opisywany bohater zachował ją dla siebie w całości, nie potrzebując do tego klatki Faradaya. 

 

Namierzali go po GPS-ie, 

ale dobrze czuł się w lesie,

w polu, gdzie się pasą krowy.

Pozostawał anonimowy.

 

Namierzali po IP,  

chcąc dostarczać aż "pod drzwi",

ale nie miał domu z drzwiami,

obrał sen między drzewami.

 

Chcieli cookies" wykorzystać, 

gdyby z sieci chciał korzystać,

ale sieci się wystrzegał,

wróg śmiertelny po niej biegał. 

 

Planowali face-2-face spotkanie,

z zaskoczenia się to stanie,

lecz minęły trzy tygodnie

i zszedł ze świata motyl godnie.

 

|Anonimowy| © Janusz Zacharewicz

 

PS: Czasem mam potrzebę w lekkim tonie o czymś ważnym powiedzieć, nie umniejszając znaczenia istoty przekazu. Tak jest i tym razem.

clickbajt u lekarza

Gdy jakiś czas temu Ronaldo odkładał wiadomą butelkę ze znanym na całym świecie logotypem tąpnął być może na chwilę jakiś ważny wykres. Ważny, jednak w tej samej chwili odszedł z tego świata ktoś dla kogoś najważniejszy, ktoś z biedy nie zjadł posiłku, ktoś inny uratował przypadkowego nieznajomego w reanimacji na przystanku autobusowym, a w wielu domach w milczącej codzienności rodzice zapewnili swoim pociechom szczęście w niemedialnej zabawie i wspólnym odrabianiu lekcji, co nie chciało wpłynąć na żaden z ważnych wykresów. A może wpłynęło. Łatwo zapomnieć przeglądając/ scrollując tzw. newsy, że informacja pochodzi z ciąży wielopłodowej, a żyjemy chyba trochę w świecie kultywowania jedynaka. Dotykam niechcący dysonansu, który odczuwa osoba czytająca na ruchomym pasku informacyjnym w TV o śmierci osoby publicznej lub popularnej, podczas gdy o zmarłym w tym samym czasie jej bliskim, może najbliższym z bliskich nikt nie wspomniał. Poniższe zdjęcie użyłem dla zobrazowania informacji „jedynaka” przydeptującego inne informacje z kategorii „pozostałe rodzeństwo”. Nie umniejszając rangi żadnej z przebijających się do społeczeństwa informacji spróbuję wzmocnić tym tekstem "pozostałe rodzeństwo", ponieważ być może warto je częściej dostrzec. Mimo że świat informacji dzisiaj chce/ musi „monetyzować” nie możemy zapominać, że uwagę mamy tylko jedną, a rozdysponowanie jej należy/ powinno należeć do nas jako jej właścicieli, chyba że po drodze sprzedaliśmy lub oddaliśmy za darmo jej udziały. Upomnieć się o nie nie jest przymusem, ale z pewnością możliwością. Stąd mój głos na pustyni.

Godny Zamiennik 

 

Istnieje powiedzenie "niezastąpionych całe cmentarze" i jest ono w dużej mierze prawdziwe, jednak każdy z nas zamykając oczy wspomni Tę/ Tego/ To, którą/ którego/ które nie dało się w żadnym stopniu zastąpić. Nie wynaleziono Godnego Zamiennika. Nawiążę do tego w innym kontekście, a czy ważnym zostawiam subiektywnej ocenie. Pojawia się wg mnie pytanie ile wartościowych/ oryginalnych/ potencjalnie cennych dla ludzkości projektów/ wizji/ koncepcji ulatuje/ ginie w świecie/ internecie za przyczyną celowego dostosowywania/ katalogowania i odsiewania tematów mniej ważnych/ ciekawych/ wartościowych od tych uznanych za ważne/ ciekawe/ wartościowe, decyzją bezpośrednią lub pośrednią poprzez algorytmy sterowane wg (nie?)określonego klucza mody/ uniwersalizacji/ unifikacji oraz popularności (słowo bożek) i najważniejszej dzisiaj, stąd wytłuszczę i napiszę wielką literą Monetyzacji. O pomyłkę nietrudno, jak to w życiu i po czasie dopiero widać, że nieomylnych założeń jest niewiele. Odrzuci (być może) biblijny budujący tzw. kamień węgielny przypadkiem lub nie przypadkiem. A może nie. Żyjemy jednak dzisiaj w świecie kilku najpopularniejszych gatunków jabłek, których w rzeczywistości jest 7-8 tysięcy (niesamowita jest przyroda!), co stało się po części z tzw. wolnego wyboru Klienta/ Konsumenta/ Odbiorcy sięgającego/ wybierającego/ klikającego po usługę/ produkt i wpływającego tym (nie)chcący pozytywnie/ negatywnie (niepotrzebne skreślić) na znaczący obszar własnego życia. Wydaje się jednak, że wyjątkowo pasuje do tego puzzla drugi, ze specyficznym napisem "kto jest bez winy, niech pierwszy [...]". Dzisiaj zakładam większość z nas byłaby zmuszona upuścić kamień na ziemię i bez słowa odejść. 

 

Uwagę mamy tylko jedną, a rozdysponowanie jej należy/ powinno należeć do nas jako jej właścicieli, chyba że po drodze sprzedaliśmy lub oddaliśmy za darmo jej udziały. Upomnieć się o nie nie jest przymusem, ale z pewnością możliwością. Kończąc myśl spuszczę na chwilę powietrze z tego balonu powagi i połączę dwie epoki (stary szkielet, nowy outfit) swoistym drillem dowcipu, który może i jest sucharem, ale oby nie tym ostatnim w plecaku podróżnika. 

 

Przychodzi clickbajt do lekarza, a lekarz daje mu lajka. Wszystko pasuje, to nie clickbajt choruje. 

 

|clickbajt u lekarza| © Janusz Zacharewicz

 

PS. Refleksję kończę mojego skromnego autorstwa paradowcipem, choć traktuję ją całkiem poważnie. Niech będzie moim głosem na pustyni.